Shooting for fun in exchange for money. Never vice versa...

GUN FOR HIRE

Bangkok w żałobie

Tajlandia to jeden z najbardziej popularnych kierunków turystycznych na świecie. Nie dziwi więc to, że zwykle przywodzi na myśl same bardzo pozytywne skojarzenia. Wspaniała pogoda, wyśmienite jedzenie, uśmiechnięci i otwarci ludzie oraz kolorowe ulice to znaki rozpoznawcze tego kraju, które pozostają niezmienne niezależnie od panującej w nim w danym momencie sytuacji politycznej. Osobiście tego doświadczyłem będąc tam w czasie ostrego kryzysu politycznego, kiedy protestujący próbując wywrzeć presję na władzę najpierw zajęli budynki rządowe, a gdy rząd przeniósł się na największe lotnisko, zajęli także je, skutecznie paraliżując na kilka tygodni turystykę (2008 rok). Podobnie, choć tym razem obyło się bez spektakularnych okupacji, było podczas ponownego przejęcia władzy przez wojskową juntę (2014). Stabilizatorem, który sprawiał, że kraj tak dobrze znosił trudne chwile, był panujący nieprzerwanie od 9 czerwca 1946 roku król Bhumibol Adulyadej, Rama IX. Tak się złożyło, że moja kolejna wizyta w Bangkoku (listopad 2016) miała miejsce dokładnie miesiąc po jego śmierci (13 października 2016).

Mając w pamięci to, jak wiele dla Tajów znaczył król oraz z jaką radością zawsze świętowali jego urodziny (5 grudnia), wiedziałem, że będzie to wizyta szczególna. Bardzo byłem ciekaw, jak będzie przebiegało - zwykle bardzo radosne - święto Loy Krathong (w 2016 przypadało 15 listopada). Liczyłem, że będzie to bardzo smutna, ale jednak doskonała okazja do tego, by zobaczyć prawdziwe oblicze kraju i ludzi. Nie pomyliłem się.

Wkrótce po śmierci króla Ramy IX media informowały o ogłoszeniu rocznej (sic!) żałoby. W praktyce oznaczało to dla wszystkich pracowników sfery budżetowej obowiązek noszenia stonowanego, żałobnego stroju (biały lub czarny), a w przypadku służb mundurowych wymaganym minimum była żałobna, czarna kokardka. W kraju - jakby nie było - rządzonym przez wojskową juntę, łatwo sobie wyobrazić wprowadzenie i egzekwowanie takich regulacji. Podobnie zrozumiałe i zapewne także łatwe w przeprowadzeniu było umieszczenie żałobnych plakatów i instalacji w obiekrach użyteczności publicznej - na lotnisku, dworacach autobusowych i kolejowych oraz w bankach. Ogromne wrażenie robiła wielkość powierzchni reklamowej wypełnionej żałobnym przesłaniem. Dodam, że nie mówię tu o 'jakiejś' powierzchni reklamowej - najczęściej były to najlepsze miejsca - gigantyczne billboardy tuż przy lotnisku i elektroniczne ekrany na ścianach wieżowców w centrum. Musiało się to wiązać z przeznaczeniem ogromnych środków finansowych na 'żałobną kampanię'. Ale prawdziwych uczuć nie da się kupić, nie da się ich sztucznie wywołać. To, co robiło na mnie wrażenie piorunujące, to żałobne stroje zwykłych ludzi i ich bardzo autentyczne, niewymuszone publiczne okazywanie głębokiego żalu i smutku. Księgi kondolencyjne wystawiane w tak, zdawałoby się, zaskakujących i nietypowych miejscach jak centra handlowe czy przejścia podziemne były zapełnione wpisami i wielokrotnie widziałem ustawiające się przed nimi kolejki chętnych do podzielenia się własnymi żałobnymi przemyśleniami.

Oczywiście wszystkiemu towarzyszył specyficzny, chyba bardziej ogólnoazjatycki niż tajski, folklor. I tak na przykład obowiązkowym elementem przy każdym miejscu żałobnym były tłumy robiące sobie 'selfie' przed portretem króla otoczonym górą zawsze świeżych kwiatów. Przejście od powagi, żalu i smutku do radosnych uśmiechów i strzelania min przed ołtarzykami zajmowało zwykle chwilę. Z początku myślałem, że w ten sposób zachowują się tylko niezwykle liczni turyści z Chin, ale szybko się przekonałem, że w większości byli to sami Tajowie. W sklepach i na targowiskach pojawił się wysyp żałobnej odzieży - na tysiącach (kolorowych!) wieszaków trudno było znaleźć coś poza czernią i bielą. Na koszulkach napisy po tajsku i anagielsku wychwalające przymioty zmarłego, ale także proste deklaracje jak 'urodziłem się za panowania Ramy IX'. Żałobne wstążki przybierały niezliczoną ilość form - od prostej czarnej kokardki poprzez zdobione (zapewne sztucznymi) brylantami broszki. Dla mężczyzn były ozdobne spinki do mankietów i zapinki do krawatów. Popularne były także czarne silikonowe opaski na rękę, wśród których każdy mógł znaleźć tę, która miała wypisaną najbliższą akurat jego sercu sentencję związaną z królem. Marnej najczęściej jakości zdjęcia zmarłego były relikwią oprawianą w ramki i jednym z bardziej poszukiwanych towarów. Oczywiście wszystko dostępne w jakości i cenie dostosowanej do każdego portfela.

Przed świętem Loy Krathong było wiele dyskusji - znam je tylko z prasy - czy i jak można w zaistniałej sytuacji je obchodzić. Ponieważ zwykle się ono rozciąga na kilka dni wokół pełni księżyca, która jest momentem kulminacyjnym, tym razem było jasne, że do 13 listopada nie mogło być mowy o żadnym świętowaniu. 14 i 15 wyglądało to tak, że obchody były, ale w atmosferze dużo mniejszej radości i w odróżnieniu od tego co widziałem w czasie poprzednich wizyt, wszystko kończyło się bardzo wcześnie. Około godziny 20-21 znikały punkty gastronomiczne, a ludzie rozchodzili się do domów. Mniej było głośnej muzyki i publicznych zgromadzeń. Następnego dnia wszystko wróciło do nowej normy, czyli żałoby. Nawet zwykle głośna i rozpasana okolica Khaosan Road zdawała się być tym razem cicha i wyludniona.

O tym, że żałoba trwała nieprzerwanie przynajmniej przez kolejny miesiąc przekonałem się w czasie kolejnego pobytu na początku grudnia. Jedyną zmianą, jaką udało się mi zaobserwować, było pojawienie się w kilku miejscach portretów Ramy X - nowego króla Tajlandii. Jest to o tyle istotne, że następca tronu jest (w zasadzie był, bo odkąd 1 grudnia oficjalnie zgodził się przyjąć koronę, wszelka krytyka jest bezwzględnie ściganycm przestępstwem) postacią dość kontrowersyjną. W Europie media często przedstawiały jego wizerunek mocno odbiegający od powszechnego wyobrażenia o następcy tronu. Jego życiorys też bardziej pasuje do współczesnego liberalnego obyczajowo świata niż do tradycji królewskich rodów. Niemniej, pomimo długiego wahania, zdecydował się przyjąć królewskie obowiązki i powrócił do Tajlandii, a na ulicach zaczęły pojawiać się gdzieniegdzie jego pierwsze wizerunki. Zanim nastąpi oficjalna koronacja króla Maha Vajiralongkorna Bodindradebayavarangkuna przyjmującego imię Ramy X-go, odbędzie się (pewnie jeszcze w 2017 roku) ceremonia pogrzebowa Ramy IX.

Opuszczając pogrążony w żałobie Bangkok zastanawiałem się, jaki będzie, kiedy do niego wrócę - a wrócę napewno. Czy Rama X stanie się takim samym mężem opatrznościowym jak jego ojciec? Czy zdobędzie zaufanie? Czy i kiedy Tajowie przestaną wspominać Ramę IX? Czas i kolejne wizyty pokażą.

Wpis został opublikowany na portalu Obserwator Międzynarodowy i magazynie akademickim Koncept.

Indie po raz trzeci

Ponoć albo się je kocha, albo się ich nienawidzi. Pojechałem tam właśnie trzeci raz, co może oznaczać, że jestem z tych, co się w nich na zabój zakochali. Może, ale nie musi - sam tego nie wiem, muszę pojechać przynajmniej jeszcze jeden raz, żeby się przekonać;)

Wyjazd miał być lekki, łatwy i przyjemny, co w przypadku wyjazdu do Indii wcale nie jest takie proste do zrobienia. Pomysł początkowo był zupełnie inny - chciałem po prostu pojechać gdzieś w ładne i ciepłe miejsce, gdzie mógłbym przez dwa, trzy tygodnie jeść pyszne jedzenie, pić dobre piwo, leżeć w ciepełku i namiętnie czytać książki. Miałem nawet plan, żeby aparatu ze sobą nie brać - żeby mnie nie kusił. No ale to był najsłabszy punkt tego programu i oczywiście odpadł jako pierwszy;) Po licznych rozmowach z przyszłymi - jak się okazało - towarzyszami wyjazdu pomysł szybko ewoluował w kierunku Indii dla początkujących. Jednak szkoda nam było czasu na leżenie na plaży, chcieliśmy przy okazji coś nowego zobaczyć. O tym, że wcale nie będzie tak lekko przekonałem się już na etapie wyrabiania wizy...

Rozbudowany (elektroniczny!) formularz wizowy wymaga podania wielu ważnych informacji o bliższej i dalszej rodzinie, zapewnienia o braku najmniejszych związków z Pakistanem (nawet do kilku pokoleń wstecz) i numeru poprzedniej wizy. Akurat nie miałem go pod ręką, to lekkomyślnie (albo - bezmyślnie) podałem numer wizy przedpoprzedniej. Oczywiście wydało się, zostałem posądzony o krętactwo i musiałem potem wyjaśnić to w konsulacie pokazując wszystkie wizy we wszystkich paszportach. I było to moje pierwsze spotkanie z Indiami po pewnej przerwie. Pojechałem tam wcześnie rano, żeby być zaraz po otwarciu. Mały sukces - byłem pierwszy w szybko rosnącej kolejce. Wytrwale pilnowałem pozycji bacząc na to, by nikt przede mnie się nie wepchnął - w Azji każdy czycha na chwilę nieuwagi wszystkich wokół. Jak już wspomniałem byłem w kolejce pierwszy, ale też jednyny bez jakiegokolwiek formularza. Wszystko co miałem, to stary i nieważny paszport z moimi poprzednimi wizami i nieważny dowód osobisty (bo mało kto patrzy na datę, więc go nie wymieniam póki nie stanie się to naprawdę konieczne - tam oczywiście sprawdzili jednak...). Jak nie ma formularza, to nie ma procedury. Jak nie ma procedury, to nikt nie wie co zrobić. Tak było też w moim przypadku. "It's a very difficult case mister, come after lunch or wait here". I cały misterny plan szybkiego załatwienia sprawy rozsypał się już po minucie rozmowy z urzędnikiem. W rezultacie musiałem odczekać aż pracownik konsulatu obsłuży całą kolejkę i wszystkie osoby, które doszły w międzyczasie.

Nasłuchałem się przedziwnych historii, z przerażeniem obserwowałem, że dla każdego przypadku przewidziana jest skomplikowana procedura i odpowiednio słona opłata. Chyba najbardziej komiczny przypadek, który mimo wszystko był znacznie lepiej opisany w procedurach niż mój, to sprawa mężczyzny, który występował o paszport dla swoich dzieci. Jego problem polegał na tym, że był rozwiedziony i w polu formularza przeznaczonym na informacje o matce dzieci, podał - chyba mimo wszystko zgodnie ze zdrowym rozsądkiem - dane swojej byłej żony i jednocześnie matki dzieci. Okazało się, że to błąd, bo powinien podać dane żony aktualnej, nie mającej z dziećmi zbyt wiele wspólnego. Trudno mi tu oddać co czułem, kiedy urzędnik tłumaczył, że oczywiście biologicznie matka jest cały czas matką, ale administracyjnie to już nie. Niesamowite było też to, że przychodzący do konsulatu obywatele Indii najczęściej pracowali w międzynarodowych korporacjach i w większości mówili pięknym angielskim i przyjmowali te wszystkie zawiłości ze stoickim spokojem. Jeszcze bardziej niesamowite było to, że urzędnik nas obsługujący posługiwał się dialektem powszechnie znanym jako Hinglish. Miałem nieodparte wrażenie, że praca w konsulacie była swego rodzaju synekurą, pewnie był członkiem dalekiej rodziny kogoś, kto mógł mu tę pracę załatwić.

Dopiero kiedy zostaliśmy sami urzędnik podjął prawdziwą próbę zrozumienia powodu mojej obecności. Kiedy nie patrzyły już żadne oczy i nie słuchały już żadne uszy, których właściciele mogliby zwątpić w kompetencje urzędnika ten zabrał mój paszport, zniknął na zapleczu i po pięciu minutach wrócił z uśmiechem na twarzy i komunikatem "Your visa will be ready tommorow". Nawet mnie uściskał, taki był dumny z tego, że samodzielnie i z sukcesem zmierzył się z problemem, na który nie było ani formularza, ani procedury. Przy okazji nie było też opłaty, na szczęście. Zuch. No ale zbierajmy się do Indii w końcu.

Podróż lotnicza - przez wielu tak demonizowana - była dla mnie gładka jak zawsze: obiad (wino przed, w trakcie i po), mocny sen, śniadanie i jesteśmy na miejscu. Mam to szczęście, że pomimo ciągłego przyrostu gabarytów wciąż pozostaję całkowicie kompatybilny z większością foteli lotniczych. Zwłaszcza po dobrym posiłku nic mi nie przeszkadza. Na lotnisku w Bombaju - nigdzie wcześniej tego nie widziałem - cała sala przylotów była wyłożona niekończącym się dywanem. I to by było na tyle, jeśli chodzi o wygody podróży. Dalej było już klasycznie - upchnięci jak sardynki w mikrotaksi dotarliśmy do śmierdzącej norki opłaconej z góry przez Internet. Bagaże przytroczone do dachu - o dziwo - też dotarły razem z nami całe i w komplecie. Można było zacząć podziwiać Bombaj. Tylko - co tam podziwiać? Miasto raczej nas przytłoczyło. Stolice biznesu słabo nadają się do zwiedzania... 

Oazą białych w Bombaju jest dzielnica Colaba. Jest to jednocześnie jedno z ładniejszych miejsc w mieście - architektura jest tam relatywnie uporządkowana i ładna. Ponieważ Bombaj jest stolicą biznesu, to ceny na Colabie nakręcają nie tylko rzesze zbyt bogatych turystów, ale także - jeśli nie przede wszystkim - tłumy nowobogackich mieszkańców miasta. W rezultacie ścisk jest tam niemiłosierny, ceny mocno wygórowane i klimat bardzo nielokalny. Niewątpliwą zaletą miejsca jest duża łatwość załatwiania wszelkich spraw, które normalnie wymagają wyciągania paszportów, rejestrowania się i wielkiej biurokracji. Wymiana waluty odbywa się prawie na ulicy, a kurs - przy odrobinie wytrwałości - da się ustalić na dużo lepszym poziomie niż w banku. Wszędzie jest wifi, wszystko da się załatwić 'na gębę'. Miło.

Bombaj ma też plażę. Chowpatty Beach jest wymieniana w każdym przewodniku po mieście jako ważna atrakcja, natomiast w każdym zestawieniu plaż na świecie jest w pierwszej dziesiątce tych najgorszych. I, jak to często bywa, wszyscy mają rację. Chowpatty to wąski na 30-60m i długi na 600 może 800 metrów pasek żółtego piasku. Rzeczywiście w zestawieniu z najpiękniejszymi plażami na świecie, nie ma najmniejszych szans. Jednak w Bombaju jest atrakcją, bo jest to jedyny ładny kawałek wybrzeża w okolicy. Jeśli weźmie się też pod uwagę, że 'obsługuje' prawie dwudziestomilionową metropoilę, to nagle okazuje się, że doskonale sobie z tym radzi. Trafiliśmy tam kilka razy, a raz wieczorem w drugi dzień święta Diwali. Było mnóstwo ludzi i jadłodajni, które serwowały proste, ale bardzo smaczne potrawy, które można było skonsumować siadając na dywanach. Bardzo popularne były też lody, ale niestety to rozrywka nie dla mnie - strach przed amebą powoduje, że nie pijam nieprzegotowanej wody, nie używam lodu etc.

Kiedy podróżuję w zasadzie nigdy nie rezerwuję noclegów i przejazdów z wyprzedzeniem. Poszukiwanie miejsca do spania, restauracji, sposobów na przemieszczenie się z miasta do miasta, zawsze jest dla mnie sposobem na lepsze poznanie odwiedzanych miejsc, wtopienie się w lokalny koloryt, kulturę. Nie bez znaczenia jest także to, że - oględnie mówiąc - zdjęcia w internecie pokazują rzeczywistość bardzo wirtualną i nie należy na ich podstawie podejmować decyzji. Jednak nie każdy lubi takie podejście, sam często bywam tak zmęczony, że zamiast wybierać właściwy nocleg ląduję w pierwszym odwiedzonym miejscu. Teraz miało być miło i przyjemnie, więc żeby oszczędzić sobie i reszcie towarzyszy mojej podróży kłopotów związanych z kupowaniem biletów kolejowych na miejscu, postanowiłem kupić je jeszcze z Polski online. Podobnie zarezerwowałem nasz pierwszy nocleg w Bombaju. Z pociągami częściowo się udało, procedura zakupu biletów kolejowych sama w sobie nadaje się na osobną opowieść, ale oczywiście efekt był taki, że i tak w dwóch przypadkach trzeba było pojawić się na dworcu przed wyjazdem i liczyć na miejsce w puli biletów, która otwiera się o 10.30 na dzień przed planowanym wyruszeniem przez pociąg w trasę (taryfa tatkal). Pociągi jeżdżą przez cały kraj i często wsiada się do takiego, co jedzie już dzień lub dwa, taryfa otwiera się przed ruszeniem w całą trasę, więc trzeba wiedzieć kiedy jaki bilet się kupuje. Bilety w tej taryfie są droższe o jakieś 20%, ale rozwiązanie jest dość skuteczne. W rezultacie wykorzystania obu sposobów rezerwacji udało nam się załapać na kilka niezapomnianych przejazdów kolejami. Największymi kolejami na świecie.

W porównaniu do lat poprzednich w kolejach zmieniło się głównie to, że dziś każdy ma smartfona. Niby nic, a jednak robi sporą różnicę. Smartfon w rękach podróżnego oznacza przede wszystkim głośne rozmowy, w drugiej kolejności głośne puszczanie muzyki, w trzeciej hałasowanie grami i filmami. Dla nas jednak największe znaczenie miało coś zupełnie innego - "one photo ok?". Białe zoo. Próbowałem na różne sposoby przekuć porażkę w sukces - "let's do it Indian way - how much you gonna pay?", ale raczej kiepsko mi to wychodziło. Z drugiej strony, w Polsce nikt nie chce ode mnie ani autografów, ani zdjęć - można przez moment pogwiazdorzyć przecież... Niezmienny na przestrzeni lat pozostał zaś smród z toalety, którego intensywność w bardzo niewielkim stopniu zależy od tego, czy siedzi się tuż obok źródła, czy na środku wagonu. Jest wszechobecny. Pomimo znanych z całego świata zakazów korzystania z toalety w czasie postoju, i tak najbardziej śmierdzi na dworcach. W tym roku pierwszy raz w życiu widziałem, że lokalesi zakrywali nosy. Nie pytajcie, co wtedy czułem, bo i tak tego nie będę potrafił opisać.

Lajtowe Indie w naszym przypadku oznaczały Bombaj, Hampi, Goa i rozlewiska Kerali z krótkim wypadem do Munnar. W zasadzie w żadnych z tych miejsc nie mieliśmy okazji trafić do czynnych i wypełnionych wiernymi świątyń, co według mnie spowodowało, że nie widzieliśmy, przynajmniej tym razem, prawdziwych Indii. Jedyna czynna świątynia w Hampi była prawie pozbawiona 'ducha', a w porównaniu z tą z Madurai zupełnie nieciekawa. No ale był świątynny słoń, a w zasadzie słonica. Taki świątynny słoń przez cały dzień stoi i błogosławi wiernych. Może nie tyle błogosławi, co kładzie trąbę na głowie tego, kto zapłacił. Płaci się za położenie trąby przekazując datki prosto do trąby, a słoń jednym, płynnym i zgrabnym ruchem trąby przekazuje banknot opiekunowi i w drodze powrotnej ostrożnie kładzie trąbę na głowie darczyńcy. Można też dać słonicy coś do jedzenia, wtedy można zobaczyć jak banan czy inny owoc znika w paszczy. Nie widziałem, by słoń się pomylił i zjadł banknot, a oddał owoc;)

Osobny rytuał, to codzienne, poranne mycie świątynnego słonia, który punktualnie o 8 każdego dnia schodzi z opiekunem nad rzekę. Najpierw przez chwilę pływa samodzielnie, a potem kładzie się na boku i pozwala szorować szczotką. Na koniec słoń znów błogosławi, tym razem polewając chętnych wodą, oczywiście prosto z trąby. Gdyby nie to, że u nas marnie ze słoniami, to postulowałbym przeniesienie tego elementu do naszego obrządku.

Ze świątyniami było krucho, za to przemysł turystyczny działał wszędzie prężnie. W Hampi na przykład zaradni rikszarze wymusili na władzach zakaz funkcjonowania wypożyczalni skuterów, co pozwoliło im na bezkarne żądanie za kurs stawek przekraczających wielokrotnie zwyczajowe 10 rupii za kilometr, czyli tyle, ile płaci się w Bombaju. I nawet nie chcieli słyszeć o włączeniu licznika. Samo Hampi i rozrzucone po okolicznych wzgórzach ruiny miasta i świątyń będę wspominał głównie jako ładne miejsce, piękne krajobrazy. W zasadzie świątyń i ruin mogłoby tam nie być i też byłoby ciekawie. Największe wrażenie zrobiła na mnie wyprawa na drugą stronę rzeki do umieszczonej na dość wysokiej górze świątyni Hanumanna. Wchodziliśmy w samo południe, więc wysiłek był spory, ale widoki z góry całkowicie go uzasadniały. Nieznośną osobliwością świątyń Hampi był zakaz robienia zdjęć ze statywu. Oczywiście nikt nie potrafił wytłumaczyć o co w nim chodzi, ale wszyscy rwali się, żeby go egzekwować. Statyw niczego nie niszczy, w świątyniach nie ma tłumów, które mogłyby się o niego potykać - nie rozumiem. Jeśli zaś autorom chodziło o to, żeby zdjęcia o zmierzchu nie były 'zbyt dobre', to mieli pecha - aparat można doskonale ustabilizować bez użycia statywu;) 

Goa spełniło pokładane oczekiwania - plaża, słońce, tanie piwo, przepyszna kuchnia i dobre książki. Choć wedle prognoz wyglądało, że będzie 'chłodno', czyli jakieś 26 stopni, było znacznie bardziej gorąco, co w połączeniu z bardzo wysoką wilgotnością potrafiło być nawet nieznośne, zwłaszcza nocą. Najbardziej jednak doskwierała nam głośna muzyka. Jak piszę 'głośna' mam na myśli hałas jak w dyskotece przez cały czas. I to z każdej restauracji inny, a restauracje stały ściana w ścianę. Kakofonia wprost nieznośna, prośby o przyciszenie muzyki skutkowały tylko tym, że zamiast hałasu z głośników 'własnych' słyszało się głównie hałas z głośników knajp obok. Szumu morza posłuchać raczej się nie dało. W całym rejonie dało się odczuć, że kiedyś było to miejsce odwiedzane przez hippisów. Bardzo popularne są ciężkie motocykle, wielu Goańczyków nosi się po europejsku, trafiają się dredy. No i prawie wszędzie są dealerzy oferujący każdy rodzaj narkotyków. Oferować, a mieć, to dwie różne sprawy. W większości przypadków wyglądało mi na to, że składane w bardzo otwartej formie propozycje były po prostu sposobem na rozpoczęcie rozmowy i nakłonienie do odwiedzenia sklepu z paciorkami. Perspektywa spędzenia reszty (prawdopodobnie w tym przypadku już dość krótkiego) życia w azjatyckim więzieniu skutecznie odstraszała mnie od aktywnego podejmowania tematu. 

W Old Goa - praktycznie jedynej lokalnej atrakcji - są największe (ponoć) kościoły w Azji. Dziwnie wyglądają stojące na środku niczego, wśród palm. Są kompletnie oderwane od otoczenia, zupełnie nie pasują do krajobrazu. Miasto dziś praktycznie nie istnieje, wokół pozostała tylko infrastruktura do obsługi turystów, a życie toczy się w pobliskim Panjim. Jedno z najważniejszych miast Indii, które w XVI w liczyło ponad 200.000 mieszkańców kilka epidemii malarii, cholery i dwieście lat później stopniało do półtora tysiąca i praktycznie przestało funkcjonować. Pozostały po nim jedyne murowane budynki, czyli kościoły.

W Kerali dla odmiany odpoczywaliśmy;) Kiedy byłem tam poprzednim razem przepłynąłem małym statkiem z Allapuzhy do Kollam, a oprócz tego cały dzień pływałem małą łódeczką. To było zdecydowanie dobre rozwiązanie, bo pozwalało poznać zarówno różnorodność całego szlaku pomiędzy tymi miastami - płynie się częściowo po wodach słodkich, a częściowo po słonych - a także z małej łódki podziwiać wąskie i niedostępne inaczej częściowo zarośnięte bujną roślinnością kanaliki. Tym razem jednak, głównie dzięki temu, że byliśmy w większej grupie, mogliśmy spróbować czegoś zupełnie innego. Allapuzha słynie w całych Indiach z możliwości pływania po kanałach wynajętymi houseboatami, czyli dużymi łodziami, które przypominają te tradycyje służące do przewozu ryżu, a w rzeczywistości są dość luksusowymi - jak na lokalne warunki - pływającymi hotelami. To bardzo popularna rozrywka, na wodzie spotykaliśmy całe wycieczki z innych rejonów Indii, a także młode pary spędzające na łódkach romantyczne chwile. No my raczej młodą parą nie byliśmy, więc dwa dni i dwie noce na łodzi miały być dla nas okazją do podziwiania krajobrazów, a nie siebie wzajemnie. Niestety houseboaty pływają bardzo wolno, a załogi robią wszystko, żeby za daleko nie popływały. Jak się okazało, cała przyjemność bardziej miała polegać na tym, że ma się zapewnione 3 posiłki dziennie i załogę kłaniającą się w pas.

W rezultacie najbardziej pozytywne wrażenie w czasie całego wyjazdu wywarło na nas Kochi. Specyficzna mieszanka kolonialnej, modernistycznej zabudowy, resztek starych fortyfikacji i klimatu portowego miasta przesądziły o tym, że Kochi zostało naszym numerem jeden. Może to dziwić o tyle, że na pierwszy rzut oka jest to bardzo skomercjalizowane i nastawione na obsługę ruchu turystycznego miejsce. W okolicach przeprawy promowej i chińskich sieci - jednej z głównych atrakcji - stoi mnóstwo straganów, półulicznych jadłodajni i kręci się ogromna liczba naciągaczy namawiających na spektakl teatru katakali. Ale wystarczy uciec z tego centrum (położonego całkiem niecentralnie) w wąskie fortowe uliczki, pojechać do starej dzielnicy żydowskiej, zwiedzić mieszczące się tam magazyny ziół, przypraw i hurtownie zboża, żeby zakochać się w Kochi. Naszym trofeum z tego miejsca jest ponad pół kilo wspaniale pachnącego pieprzu.

Miłość, jak to często w życiu bywa, okazała się mimo wszystko miłością tylko 'na jedną noc'. Po niecałych 24 godzinach uznaliśmy, że kolejnego dnia mamy ochotę na coś zupełnie innego i pojechaliśmy zobaczyć Munnar - zagłębie herbaciane. Oczywiście nie należy słowa 'zagłębie' traktować zbyt dosłownie, herbata bowiem najlepiej rośnie w terenie górzystym. Co ciekawe, ważna jest nie tylko wysokość bezwzględna i związany z nią charakterystyczny klimat, ale także to, by porośnięte herbatą stoki były odpowiednio nachylone.

Munnar krajobrazowo pobiło wszystko co widziałem do tej pory na Sri Lance i w okolicach Kumily. Zdecydowanie najpiękniejsze pola herbaciane, jakie miałem okazję zobaczyć. Naprawdę warto pojechać tam tylko dla tych widoków. Piszę to, bo podróż z Kochi trwa ponad 4 godziny w jedną stronę, a po drodze raczej nie ma nic ciekawego - wodospad, sztuczne jezioro z jarmarkiem to wszystko co można zobaczyć. Droga przez większość czasu wiedzie terenami górzystymi i dla ludzi nieprzyzwyczajonych do specyfiki ruchu drogowego w Azji może być wymagająca. Nasz kierowca rano jechał jak na pogrzebie - nie przekraczał 70 km/h, zakręty brał tak, jakby robił to pierwszy raz w życiu - hamował w środku, robił jakieś zygzaki jakby zakręt w połowie zaskakiwał go tym, że albo był ciaśniejszy, albo bardziej otwarty niż się wydawało na początku. W zestawieniu z minimalną prędkością robiło to komiczne wrażenie. Pomimo niewielkich prędkości nie czułem się bezpiecznie, bo najzwyczajniej w świecie miałem wrażenie, że facet nie ma kompletnie pojęcia o prowadzeniu samochodu. W drodze powrotnej było ciemno i kierowcę opętał demon. Ograniczenia prędkości nie istniały, szalał, wyprzedał, zakręty przestały być trudne. Nie mam pojęcia, czy spieszył się do domu, czy po prostu za dnia bał tego co widział obok drogi. Raczej nie mogę powiedzieć, by w drodze powrotnej zachowywał się bardziej rozsądnie lub sprawiał wrażenie osoby, która wie co robi, ale przynajmniej wszystko co robił, robił sprawnie.

Wracając na moment do herbaty, uprawy i zbioru. W Munnar nikt nie szczypie najmłodszych listków by robić białą herbatę, ba, nie próbują nawet wybierać trzech najmłodszych, z samego czubka. Te mocno pracochłonne techniki chyba pozostaną domeną Sri Lanki. W Munnar dominuje zbiór pół i całkowicie mechaniczny. Najprostszą formą są wielkie nożyce, których jedno ramię zakończone jest pojemnikiem na to, co zetną. Wersja hardcore to spalinowa kosa do żywopłotów. Raczej nie należy się spodziewać wykwintnych smaków, niestety. Podobnie marny poziom prezentuje przyfabryczne muzeum. Trudno się w nim dowiedzieć czegoś na temat uprawy herbaty i procesu jej przetwarzania. Można za to zobaczyć, jak wyglądały początki i ile pracy, odwagi i pieniędzy musiało kosztować przekształcenie niegdyś całkowicie dzikiego rejonu w jeden z najważniejszych ośrodków uprawy herbaty. Kolejny raz będąc w krajach, które były kolonizowane w dawnych czasach, próbuję sobie wyobrazić skalę osiąganych z tych kolonii zysków. Musiały być wprost gigantyczne, skoro opłacało się budować nowe miasta, linie kolejowe i przewozić przez morza całą masę maszyn i innych towarów.

O ile zaraz po przylocie do Indii mieszkaliśmy na opisywanej wcześniej Colabie, o tyle przy powrocie trafiliśmy zupełnie gdzie indziej. Na północ od monumentalnego i pięknego dworca kolejowego, który kiedyś nosił imię Królowej Victori, a dziś dzielnego bojownika Chhatrapati Shivaji rozciąga się zamieszkana przez muzułmanów dzielnica Dongri. Oczywiście to nie jedyny rejon Bombaju, gdzie można spotkać wyznawców Mahometa, są rozrzuceni praktycznie po całym mieście. Dongri jest jednak ciekawe choćby z tego powodu, że można tam spotkać pochodzących z terytorium Iranu szyitów, jest kilkadziesiąt piekarni oferujacych przepyszne 'perskie' pieczywo. Nie czas i nie miejsce by zagłębiać się w dzielące sunnitów i szyitów różnice, inna sprawa, że mimo wielu prób zrozumienia tematu zwyczajnie nie czuję się na siłach by to zrobić kompetentnie. Wspomnę tylko kilka rzeczy, które zwróciły moją uwagę.

Kiedy pierwszy raz gdzieś w Indiach usłyszałem adhan, czyli charakterystyczne, rozbrzmiewające z minaretów wezwanie Muezina na modlitwę, postanowiłem dowiedzieć się o co w tym śpiewie chodzi. Stąd wiem, że zawsze śpiewany jest w języku arabskim i, poza główną częścią, potrafi różnić się odrobinę. Różnice są między innymi między adhanem sunnickim i szyickim. W Dongri zaskoczyło mnie, że na koniec adhanu wyraźnie usłyszałem fragment śpiewany w Marathi - języku stanu Maharasztra. Kolejnym zaskoczeniem było zdjęcie Chomeiniego na jednym z meczetów. Tam też zobaczyłem obraz, jakiego zupełnie się nie spodziewałem zobaczyć w Indiach. W małym, otwartym na ulicę meczecie, przemawiał ubrany całkiem na czarno immam. Poczułem się jak Iranie i mam nadzieję, że będzie mi dane ten kraj odwiedzić.

Bardzo ciekawa była też informacja, jaką znalazłem na jednym z meczetów. Ostatnie akty terroru ze strony ISIS, które przetoczyły się przez Europę sprawiły, że dość powszechnie utożsamia się z nimi wszystkich muzułmanów. Jest to poniekąd uzasadnione tym, że muzułmańscy imigranci w Europie - z różnych względów - bardzo źle się asymilują i zamiast przesiąkać kulturą miejsca, do którego przybyli, próbują narzucać własne zwyczaje. W wielu przypadkach trudno nawet mówić o jakiejkolwiek próbie tolerancji. Paradoksalnie taka postawa jest bardzo na rękę właśnie ISIS, bo pogłębiając różnice i zwiększając stopień izolacji przybyszy wpychamy ich prosto w ręce tej organizacji. W tym kontekście bardzo zaintrygował mnie plakat, jaki zobaczyłem przy jednym z meczetów. Mówił wprost o tym, że ISIS ani nie jest częścią Islamu, ani go nie ma prawa reprezentować. Wzywał muzułmanów do występowania przeciw ISIS i pilnowania swoich imammów, by przypadkiem nie popierali tej organizacji.

Jeszcze o Dongri. No cóż, brudno tam było. Na początku jakoś nie rzuciło mi się to w oczy - tradycyjny i wspominany wcześniej syndrom przy poszukiwaniu noclegu prosto po przybyciu do nowego miejsca. Dopiero po zakwaterowaniu zorientowałem się, że może nie tyle sam pokój, co otoczenie hotelu było w fatalnym stanie. Na ulicy stały zaparkowane wszędzie motocykle, a pomiędzy nimi tłumy dzieciaków grały w przeróżne gry. Stragany z żywnością stały tuż obok rozkopanych ulic, czasem trudno było się zorientować, gdzie zaczyna i gdzie kończy się remont. Oczywiście wszystko tonęło w śmieciach. Jednak trzy tygodnie zaprawiły nas do tego stopnia, że bez mrugnięcia okiem zjedliśmy śniadanie w knajpie na rogu, w której warunki były doskonale zharmonizowane z otoczeniem. Ciekawe przeżycie, zwłaszcza, że tego dnia postanowiliśmy wybrać się na zwiedzanie slumsów. Określenie 'zwiedzanie slumsów' jest okropne i przyznam, że bardzo długo wahałem się, czy powinno się jechać w miejsce znane z tego, że ludzie żyją tam w skrajnej biedzie. Z drugiej strony słyszałem, że bieda biedą, ale slums to nie jakaś zbieranina ludzi odrzuconych przez społeczeństwo, a doskonale prosperująca dzielnica z własnymi szkołami, meczetami i zasadami. Przy pierwszym pobycie w Bombaju zrobiliśmy rekonesans obchodząc dużą część Dahravi dookoła, bez wchodzenia do środka. Za drugim razem daliśmy się namówić na wizytę z przewodnikiem, a to co mnie przekonało do pomysłu to fakt, że wizyta miała odbywać się na piechotę. Wcześniej dużo czytałem o wycieczkach obwożonych klimatyzowanym autem i zdecydowanie nie chciałem jechać na takie safari. Kilkugodzinny spacer po Dahravi mogę podsumować jednym zdaniem - "to gdzie są te slumsy?". Na miejscu okazało się, że ulice po których spacerowaliśmy były znacznie lepiej utrzymane niż ta, przy której mieszkaliśmy. Oczywiście były bardzo specyficzne miejsca, jak na przykład magazyn kozich skór. W temperaturze ponad 30 stopni nawet doskonale oczyszczona z tłuszczu i mięsa skóra musi roztaczać swoją woń, a tam nikt szczególnie do oczyszczania się nie przykładał. Dobrze, że trzy tygodnie i kilka podróży pociągiem nieco przytępiło nam nosy. Jak się okazało cała dzielnica ma prąd i wodę i to nie podkradane z sieci, a jak najbardziej legalne, z licznikami. Praktycznie nie ma byle jak skleconych bud jakie kojarzą się ze slumsem, powstaje za to coraz więcej wielopiętrowych budynków wielorodzinnych. Slums praktycznie nie jest już slumsem. I wcale z tego powodu nie jest mi przykro, wręcz przeciwnie.

Skoro zacząłem od biurokracji, to biurokracją zakończę. Będzie o kontroli na supernowoczesnym lotnisku. Supernowoczesne nie jest pisane złośliwie, ani z przekąsem. Lotnisko jest kosmiczne, kawał pięknej architektury. Jak to w Azji bywa, żeby wejść na teren terminala trzeba pokazać, że ma się ku temu powód. Mamy więc kontrolę numer 1, na wejściu - zwykłe sprawdzenie paszportu i rezerwacji. O dziwo, zadziałało potwierdzenie wyświetlone na ekranie telefonu. Potem mkirokontrola przy kierowaniu do check-inu. Ponieważ niczego nie trzeba było pokazywać, nie liczę jej. Check-in, to kontrola numer dwa. Co ważne, już w kolejce do 'okienka' bagaż podręczny został oznaczony przywieszką. Trzecia kontrola przed wejściem do kontroli bezpieczeństwa. Tu znów trzeba pokazać paszport i boarding. Nie wiem po co, ale kontrolujący podkreślał i zakreślał numer rejsu, godzinę otwarcia gate-u. Oznaczał, że sprawdził? Nie wiem. Kontrola bezpieczeństwa kończyła się pokazaniem paszportu, bordingu i przywieszki na bagażu podręcznym. Boarding i przywieszka zostały ostemplowane i okazało się, że było to ważne. Czwarta kontrola była przy wyjściu ze strefy security. Urzędnik sprawdzał, czy na boardingu i przywieszce były pieczątki. Kontrola numer pięć, to zwykłe okienko wizowe, w którym oprócz stempla w paszporcie dali stemple na boardingu. Dwa stemple, bo na dużej i małej części. Myślę, że nie będzie dużym zaskoczeniem, kiedy napiszę, że kontrola numer sześć była po strefie kontroli paszportowej i oczywiście sprawdzane były wszystkie stempelki. Bywalcy lotnisk, wiedzą, że to jeszcze nie koniec. W bramce oczywiście trzeba było pokazać paszport i kartę pokładową, sprawdzone były kolejny raz wszystkie stempelki, czyli można spokojnie uznać, że odbyła się kontrola siódma. Ciekawostką było to, że pracownik sprawdzający zgodność nazwisk, stempli i zakreśleń oddawał paszport, a kartę pokładową przekazywał następnemu, który porównawszy część dużą z częścią małą rozrywał ją na dwie części, oddając część małą. Wylot był o 2.30 nad ranem, więc niestety nie miałem szansy cieszyć się przeżywanymi chwilami w pełni - zmęczenie mocno przytępiło mi zmysły. Mimo wszystko, kiedy w rękawie prowadzącym do samolotu okazało się, że odbywa się - wyrywkowa co prawda, ale jednak - kontrola bezpieczeństwa z pełnym przeszukaniem i prześwietlaniem bagażu, oniemiałem. Na koniec trzeba powiedzieć, jaki był wynik tych ośmiu kontroli. Otóż na pokład razem znami weszła półtoralitrowa butelka wody, którą cały czas trzymaliśmy na wierzchu.

Zapraszam do obejrzenia wszystkich zdjęć z Indii z tego wyjazdu.

Hasta la victoria siempre!

Lecąc na Kubę z Europy najczęściej przelatuje się nad Bahamami. Błękitna woda, atole, plaże, rajskie widoki. Kiedy podchodzi się do lądowania w Hawanie krajobraz przypomina północny Wietnam - zielone co prawda, ale całkiem puste pola. Pierwsza myśl jaka kiełkuje w głowie, to 'czemu właściwie nie wylądowaliśmy czterdzieści minut wcześniej?'. Lotnisko jest na uboczu i ubogi, wiejski krajobraz może przerazić. Sam terminal nawet jeszcze bardziej - chyba, że ma się dobre azjatyckie przygotowanie. Tłok, ścisk, sowiecki (nie)porządek - człowiek powinien poczuć się mały w obliczu zwycięsko maszerującej już od półwiecza rewolucji. 'Wielki świat' (bardzo nierewolucyjny) zaczyna się w momencie poszukiwania transportu do centrum - jedyna opcja, to taksówka za 25$. Nieźle - można pomyśleć, że tej rewolucji wcale już nie ma, bo ceny jak w znienawidzonej Ameryce. Dalej jest jeszcze lepiej, bo do miasta jedzie się wielopasmową autostradą, jakiej w Polsce chyba jeszcze nie ma nigdzie. Wielopoziomowe skrzyżowania i rozjazdy przekraczają granice wyobraźni - to znaczy ciężko sobie wyobrazić dlaczego właśnie tak je zbudowano. Odnaleźć się na nich niełatwo, bo oznakowania najczęściej nie ma. Stan całej infrastruktury tragiczny, przypomina naszą, przez wiele lat jedyną, autostradę pod Wrocławiem w czasach przed remontem. I w zasadzie od tego momentu nie ma wątpliwości, że na Kubie rewolucja jest, a przynajmniej odbiła swoje piętno.

Sama Hawana robi dużo lepsze wrażenie niż droga z lotniska. Przede wszystkim od razu widać, że jest duża, rozległa i bardzo zróżnicowana. Do tego tętni życiem. Habana Vieha - stara Hawana - to tak naprawdę odpicowane za pieniądze UNESCO fasady kolonialnych budynków i tłumy turystów oraz wszelkiej maści naciągaczy. Jest słodko, ślicznie, można zrobić sporo fajnych zdjęć, wydać górę kuków (CUC) czyli peso wymienialnych i szybko należy przemieścić się do Centro Habana, czyli tam, gdzie toczy się życie prawdziwe. Gęsta sieć wąskich uliczek, domy o wiecznie otwartych drzwiach i oknach, sklepiki, targi, muzyka z każdej strony i zapach cygar dookoła. Oczywiście także śmieci, brud, bieda, odrapane ściany i niekoniecznie przyjazne spojrzenia, które każą pamiętać o tym, by zawsze się uśmiechać i liczyć na to, że będzie dobrze;) Ponadto można płacić peso nacional i poczuć prawdziwy smak Kuby. Choć co do smaku, to trzeba obiektywnie stwierdzić, że jest słabo. Już w czasie pierwszego spaceru przez nieturystyczne rejony uderza brak jakichkolwiek zapachów kuchennych. Smażona cebula, czosnek, chili, olej - to wszystko, co wypełnia zwykle takie ulice w innych rejonach świata, na Kubie jest zupełnie nieobecne. I niestety to nie jakaś doskonała wentylacja czy karaibska bryza - oni po prostu nie gotują, jak gotują, to nie przyprawiają, jak przyprawiają, to nieumiejętnie. Nie jest to miejsce na podróże kulinarne, niestety. Smak Kuby jest nijaki. Jedyna metoda, aby to zmienić, poczuć jednak jakąś odrobinę charakterystycznego, miejscowego smaczku związana jest mocno i nierozerwalnie z rumem. Mojito, Daiquiri czy choćby Cuba Libre są prawdziwymi smakami Kuby. Specyficzny charakter jedynej prawdziwie kubańskiej przyprawy sprawia, że na Kubie dużo łatwiej niż w każdym innym rejonie świata zorientować się, że się z przyprawianiem, smakowaniem i delektowaniem lokalnymi specjałami mocno przesadziło.

Najważniejsza arteria Hawany to Malecon - nadbrzeżna promenada oddzielająca miasto od morza. Wyznaczona przez nią granica jest bardzo płynna. W czasie sztormów fale z łatwością przekraczają falochrony zalewając samą aleję i niejednokrotnie podchodząc pod domy. Wieczorami zaś promenada jest zatłoczona spacerowiczami i wędkarzami tak, że trudno się zorientować, że dalej nie ma już miasta, a jest morze. Rano można na niej spotkać ludzi bardziej skoncentrowanych na zdrowiu niż na zabawie i rozrywce - biegaczy, chodziarzy i im podobnych. No i porannych wędkarzy. Wędkarze znikają chyba tylko w południe;) Od rana do nocy zaś można tam zobaczyć niezliczone ilości starych amerykańskich samochodów - te ładniejsze wożą turystów za peso convertible, a te brzydsze Kubańczyków płacących kilkadziesiąt razy niższe stawki w peso nacional. Jak zwykle ładniejszym w życiu lepiej, ech...

Zupełnie inaczej wygląda kubańska prowincja. Tam już nie ma walki odnowionego za pieniądze UNESCO ze starym pozostawionym samemu sobie, zderzenia pomników budownictwa socjalistycznego z pozostałościami imperializmu. Na prowincji jest głównie bieda i resztki tego, czego z pozostałości imperializmu rewolucja nie rozkradła i w pył i proch nie obróciła. O tym, że czasy Batisty minęły świadczą jedynie murale z nieśmiertelnym Che i jego 'Hasta la victoria siempre!' - życie ludzi jakby zatrzymało się w latach piędziesiątych. Są jeszcze państwowe sklepy z jajkami, ryżem i mąką - ich pewnie za Batisty też nie było. Nie było też pewnie pionierskich chust, w których dzieci biegają do szkoły - o jakości powszechnej, obowiązkowej i darmowej edukacji będzie dalej. Niezmieniona (po za Mural de la Prehistoria...) i przepiękna została przyroda - tętniąca zielenią, zapachami i dźwiękami. Wisie, miasteczka i małe miasta zachwycają pokazując swoje korzenie, bliższą lub dalszą historię.

Cienfuegos jest jakby żywcem przeniesione z Luizjany. Żeliwne kolumny, podcienia, tarasy, okiennice, błękity, kolonialna zabudowa, palmy, woda. Do tego układ ulic dobrze znany z Manhattanu. Z tą różnicą, że aleje biegną ze wschodu na zachód, a ulice z południa na północ;) Park centralny (oczywiście imienia Jose Martiego...) jest dość marny, to plac w zasadzie. Budynki wokół bardzo pretensjonalne. Ścisłe centrum robi wrażenie podobne do Habana Vieha - odpicowane... Wystarczy jednak przejść kilka przecznic w dowolnym kierunku, by to miasteczko ze snu i amerykańskiego (USA) południa zamieniło się w wieś, gdzie po ulicy prowadzane są świnie na sznurkach. Jeśli jednak nie pójdzie się w przypadkowym, a we właściwym kierunku - Maleconem (znów te promenady...) na południe, to trafi się do miasta bardzo innego. Pałace, luksusowe wille i wspaniałe postmodernistyczne domki. Trudno oderwać oko od pięknej i praktycznie zaginionej już stylistyki. Muzeum architektury od czasów kolonialnych aż po późne lata pięćdziesiąte, czyste formy znane z podręczników historii sztuki. Uczta dla oczu, wspaniałe odczucie przebywania w bardzo innym od codziennego świecie. Co ciekawe i charakterystyczne, ta część miasta jest równie, jeśli nie bardziej, piękna jak centrum, ale nie sprawia wrażenia naprędce odnowionej. Zwłaszcza mniejsze domki emanują ciepłem dobrej ręki gospodarza. Na samym południu miasta i jednocześnie na krańcu cypla stoi całkowicie irracjonalny pałac w stylu mauretańskim. Towarzyszy mu, niestety, arcybrzydki i prymitywny, za to bardzo duży i wysoki, wielogwiazdkowy hotel z hordami geriaturystów.

Całkowicie odmienny jest Trynidad. Nie, nie ten w Afryce - Trynidad, miasto na Kubie. Poza jedną czy dwoma ulicami, po których przetacza się ruch przyjezdny i tranzytowy, prawie całe miasto jest wybrukowane. Kamienne ulice z wyraźnie zaznaczonym rynsztokiem płynącym (czasem nawet bardzo wartko) środkiem. Kolorowe elewacje biednych domów, kute i żeliwne kraty, okiennice. Miasto ujmuje szczególnie o świcie, kiedy leniwie budzi się do życia, kiedy ulice jeszcze są praktycznie puste i nie ma ani jednego turysty. Kiedy nie ma na nich pozujących do zdjęć grajków i sklepikarzy, a otwierają swoje skromne stragany sprzedawcy warzyw i rzeźnicy. Rowerami, rikszami albo pieszo poruszają się roznosiciele chleba krzyczący 'el pan!'. Gospodarze i gospodynie, często ledwie co przyodziani, wychodzą im naprzeciw i kupują coś w kształcie dość nadętej bagietki. Chleb sprzedawany jest wprost z jutowych worków, kosztuje jakieś niewyobrażalne grosze. Kiedy słońce wznosi się dość szybko spada atrakcyjność miasta. Ulice zapełniają się turystami i dedykowanymi im usługami. Stragany z tandetą przesłaniają wszystko, a liczni naganiacze zachęcają do odwiedzenia knajp, skorzystania z konnych przejażdżek i wycieczek po okolicy. Dopiero kiedy słońce zalewa niebo bajecznie kolorowym zachodem, miasto zaczyna znów czarować swoją prawdziwą duszą. I czaruje do późnej nocy - całe centrum zamienia się w jeden wielki festiwal tańca i muzyki.

Takie miasta jak Cienfuegos, Trynidad czy Santa Clara - nie wspominając nawet o Havanie - żyją w dużej mierze z turystyki i miewają dwie odmienne twarze. Tę skrywaną wstydliwie, przeoraną bliznami rewolucji, a czasem jeszcze czasów Batisty i tę pracującą dopiero na swoje nowożytne blizny - wystawianą dumnie na pokaz, a właściwie na sprzedaż. Najczęściej hańbiącą sprzedaż - prostytucja, lewe interesy i czarny rynek drążą dzisiejszą Kubę z niespotykaną siłą. Alternatywna wobec oficjalnej gospodarka stoi nierządem, przemytem i przestępstwem. 55 lat po zwycięstwie rewolucji Kuba wróciła do tego samego punktu, w którym była w momencie jej wybuchu - ludzie na prowincji pracują ciężko za bezcen na plantacjach trzciny cukrowej, tytoniu i kawy a w miastach kobiety są sprzedawane przyjezdnym. Kto inny tylko czerpie z tego zyski - Batistę i gangstera Lanskiego zastąpił aparat partyjny i 'rewolucja'. Korzyści z tytoniu, kawy i cukru płyną do państwowej kasy bezpośrednio - państwo kontroluje cały eksport. Kontroluje też cały import - zakaz przywozu czegokolwiek, konieczność deklarowania każdej rzeczy przywożonej na Kubę służy tylko jednemu - ochronie interesów państwowych spółek importujących towary z zagranicy i dystrybuujących je w sieciach kubańskich odpowiedników naszych pewexów. W kraju, gdzie komitety obrony rewolucji, czyli zorganizowane grupy kontrolujące swoich członków, mają oficjalnie przyznawane rewiry także kontrola nad działalnością przestępczą musi być sterowana centralnie. Oczywiście zawsze można powiedzieć, że jednak jakieś plusy są - dystrybuowana w systemie kartkowym podstawowa żywność, tanie leki i bezpłatne szkolnictwo. Kuba szczyci się jednym z najniższych wskaźników analfabetyzmu. Wedle moich obserwacji prawdziwym problemem nie jest jednak czytanie, a liczenie - Kubańczycy jakoś dziwnie zawsze się mylili;) Jak już była pod ręką tabliczka mnożenia pokazująca wszystkie możliwe wielokrotności ceny biletu, to z wydaniem reszty był już problem;) Ot, taka lokalna specyfika.

Kubańczycy pewnie jeszcze tego nie wiedzą, ale są właśnie w bardzo ważnym momencie historii. Władza braci Castro nieubłaganie się kończy, a zmiany w kraju przebiegają bardzo szybko - wiadomości o stanie prawnym sprzed trzech miesięcy są najczęściej już nieaktualne. Gospodarka rynkowa bardzo szybko spycha oficjalną państwową dystrybucję dóbr na margines. Coraz mniejsze znaczenie ma władza i miejsce w jej strukturach, a coraz większe pieniądze i możliwość swobodnego ich zarabiania. Prawdopodobnie w ciągu najbliższych kilku lat Kuba stanie się wolnym krajem - pytanie jak zareagują na te zmiany Rosja i USA.

Czekając na rozstrzygnięcie można zobaczyć wszystkie zdjęcia z Kuby.

Kubańska motoryzacja

Zanim jeszcze dotarłem na Kubę dużo słyszałem o cudach tamtejszej motoryzacji, a właściwie o licznych pozostałościach po cudach motoryzacji amerykańskiej, które tam można zobaczyć. Zdjęcia, relacje i opowieści sugerowały, że można tam natrafić na praktycznie wszystkie amerykańskie auta z lat 40-tych i 50-tych. Nic jednak nie zapowiadało tego, że na ulicach głównie będą poruszuszały się zabytki motoryzacji. Słowo 'zabytki', niestety, nie do końca jest uprawnione. Większość aut utrzymywana jest w ruchu dostępnymi na miejscu środkami, a te rzedko (czytaj: praktycznie nigdy) obejmują oryginalne części zamienne. Ba, po 89 roku kiedy de facto przestał istnieć ZSRR, który 'kupował' na pniu bardzo drogi kubański cukier 'sprzedając' w zamian bardzo tanią ropę, auta te zostały postawione na kołkach, a Kubańczycy wsiedli na chińskie rowery. Odkąd Wenezuela płaci tanią ropą za drogich Kubańskich lekarzy, z paliwem jest trochę lepiej, jednak nie na tyle, by zaspokoić potrtzeby 5-cio czy nawet 8-mio litrowych V8-mek. Dlatego praktycznie wszystkie zostały zastąpione japońskimi Dieslami z minivanów... Smród, klekot, czarny dym i niesmak - auta fajnie wychodzą tylko na zdjęciach. Jednak kiedy przejedzie jakiś niedobitek z V8 to... sami wiecie co - trzęsienie Ziemi!

Tak jak już wspominałem, większość aut jest w opłakanym stanie. Samochody są pozbawione większości elementów, które nie są bezwzględnie konieczne do utrzymania ich w ruchu. Brakuje tapicerki, nie działają zegary, klamki, szyby - jeśli są. O oryginalnym, czyli fabrycznym, lakierze nie ma co marzyć, większość samochodów pomalowana jest tym, co było pod ręką. A pod ręką czasem bywały farby olejne, a czasem lakiery metalik w dość ekstrawaganckich kolorach... Ale, w odróżnieniu od dużo młodszych konstrukcji z krajów RWPG, wciąż jeżdżą, są pakowne i łatwe w naprawie.

Lata powojenne, aż do 1970 roku, to złote ćwierćwiecze amerykańskiego przemysłu motoryzacyjnego. W tym czasie nastąpiła niesamowita ewolucja od konstrukcji pamiętających lata trzydzieste do wspaniałych muscle carów. By przyciągnąć klientów firmy wprowadzały bardzo daleko idące zmiany w stylistyce i wyposażeniu praktycznie każdego roku. Do tego każdy model auta dostępny był w wielu wersjach nadwoziowych, a - moje ukochane - auta bez dachu były czymś tak oczywistym jak dziś klimatyzacja. Dopiero kryzys lat siedemdziesiątych zatrzymał ten rozwój i wprowadził koszmarną modę na downsizing. Na Kubie - z racji tego, że w 1958 roku rewolucja przerwała kontakt wyspy ze światem i w dużym stopniu z rzeczywistością - niestety nie uświadczy się aut z lat sześdziesiątych. Ostatnie roczniki to auta na rok modelowy 1959, a więc ostatni kiedy królowały skrzydła. Długość największych aut z tamtego okresu przekraczała szęść metrów, a szerokość dwa. Ale to nie rozmiary robią wrażenie - dużo większą uwagę przykuwa bogata i różnorodna stylistyka. Chociażby owe skrzydła - elementy nikomu do niczego nie potrzebne, ale jakie piękne! Nawet duża wymienność elementów pomiędzy konstrukcjami tego samego koncernu nie zabijała indywidualnego i rozróżnialnego wzornictwa. Liczne marki, modele i warianty pozwalały się wyróżnić, odróżnić, podkreślić to, co przy wyborze auta było dla właściciela istotne. To jest dość trudne do wyobrażenia dziś, kiedy jedynym wyróżnikiem i elementem pozwalającym na segregację rynku jest cena - wszystkie auta zdają się byc tworzone dla 'uśrednionego statystycznie klienta'.

1959 Buick LeSabre 4 Door Hardtop

Pławiąc się w tym morzu pereł motoryzacji szukałem tych najbardziej szlachetnych - rzadkich egzemplarzy, aut utrzymanych w dobrej kondycji. Przez dwa tygodnie uczyłem się rozpoznawać marki, roczniki i modele - bez możliwości weryfikacji tego w internecie. Udało mi się zobaczyć i uchwycić wiele ciekawych aut, wszystkie starałem się fotografować w ruchu, czyli w naturalnym ich środowisku - w końcu koni też nie fotografuje się w stajni;)

Niebanalne auta, samochody, które robią wszystko, by się wyróżnić, cuda techniki, które wręcz krzyczą i proszą by na nie popatrzeć. Każdy egzemplarz inny, każdy z charakterem. A wszystko to w otoczeniu jednego z ostatnich bastionów komunizmu. W tle zniszczone i zapuszczone domy, mizeria dnia codziennego, sklepy, a właściwie magazyny, z dystrybuowanymi przez opiekuńcze państwo produktami - ryżem, cukrem i jajkami. Czy można chcieć większego kontrastu? Przez ponad pięćdziesiąt lat rewolucja nie potrafiła zastąpić tych gorzkich dowodów imperialistycznej dominacji na owoce trudu klasy robotniczej. Łady, Moskwicze i nasze maluchy jakoś się nie przyjęły - są, jeżdżą ale giną jakoś szybciej. Dziś rewolucja kubańska jest w takiej samej kondycji jak jej jedyni pozostali przy życiu ojcowie - bracia Castro. Żyją, ale chyba nikt na to nie zwraca już uwagi. Amerykańskie auta odżywają, coraz częściej dostają oryginalne części zamienne, pojawiają się egzemplarze w stanie wprost idealnym. Te pięćdziesiąt lat nie zabiło ich ducha. Podobnie odżywa na Kubie przedsiębiorczość - tej też nie udało się zabić.

Karabach

Karabach, a właściwie Górski Karabach. Państwo, którego oficjalnie nie ma, nie istnieje też na większości map. A jednak jest - byłem tam i wiem, że nie jest to ani Armenia (choć można płacić armeńską walutą i ludzie mówią po ormiańsku), ani tym bardziej Azerbejdżan (choć śladów tak islamu jak i kultury Persów jest tu bez liku). Karabach, to Karabach.

Siedząc wygodnie w Polsce trudno sobie wyobrazić jakie konsekwencje niesie za sobą takie międzynarodowe 'nieuznanie'. A są liczne. Nie można na przykład używać naszych telefonów komórkowych - nie uznajemy Karabachu jako państwa, nie ma więc podstaw, by podpisać umowę roamingową z lokalnym operatorem. Pewnie zresztą skutkowałoby to natychmiastowym zerwaniem umów z operatorami z Azerbejdżanu. Nie próbowałem, ale niechybnie nie da się wysłać do Karabachu listu ani paczki - z tych samych przyczyn co wyżej. Ale to tylko drobne problemy, które większości z nas snu z powiek nie spędzą. Zupełnie inaczej wygląda to w samym Karabachu. Nie ma tam oficjalnego przedstawicielstwa żadnej firmy, oficjalnego importu czegokolwiek, żaden współczesny produkt nie ma na tym terenie oficjalnego 'wsparcia'. Są kompletnie odcięci od świata. Jedyne źródło towarów to Armenia, która też nie uznaje Karabachu jako kraju, ale przy przekraczaniu granicy stempli wyjazdowych nie stawia - ba, nie ma nawet posterunku granicznego. Towary jadą więc na przeładowanych Kamazach przez góry - nie trzeba chyba wspominać ile to kosztuje… Karabach nie ma przemysłu, nie ma ropy, nie ma gazu nie ma nic, co może sprzedać innym. Wszystko, co można powiedzieć o tym kraju, to to, że jest pięknym kawałkiem Kaukazu. Góry, które w jednym miejscu koją wzrok zielonymi, łagodnymi stokami by za 20 kilometrów szarpać krajobraz ostrymi krawędziami skał. Góry, które zdają się tworzyć nieograniczoną, pofałdowaną przestrzeń, by 20 kilometrów dalej urwać się nagle na skraju niemożliwej do objęcia okiem pustynnej równiny.

Przepiękny kraj przepełniony śladami bogatej historii przeplatających się, czasem pokojowo, częściej nie, kultur, narodów i wyznań. Kraj zamieszkany w większości przez ludzi nieszczęśliwych, choć wspaniałych i dobrych. Każdy kogo tam spotkałem poza autentyczną otwartością i radością spotkania drugiego człowieka ukrywał ból. Ból ran odniesionych w niedawnej wojnie, ból utraty bliskich. Cierpienie wywołane wypędzeniem z ojczystej ziemi (wielu mieszkańców Karabachu, w tym także Gospodarz, który gościł mnie przez trzy dni pod swoim dachem, zostało wypędzonych z Azerbejdżanu), cierpienie związane z koniecznością mieszkania w cudzym domu. Domy w większości zamiaszkane są przez ludzi, którzy ich nie zbudowali i przypominają o tym inskrypcjami zapisanymi w farsi. Każdy spotkany człowiek potrafił opowiedzieć niejedną historię związaną z wojną. Mówili najczęśćiej niepytani, wyrzucali z siebie winy i wspomnienia. Atmosfera tymczasowości, zawieszenia i niepewności paraliżuje wszelkie działanie. Ludzie nie potrafią zaangażować się w dbanie o miejsce, nie chcą osiąść. Są cały czas przejazdem, na trochę, nie u siebie.

Rooftop!

Od jakiegoś czasu mam wizję, by zamieszkać gdzieś na dachu i móc patrzeć na miasto - ot taka namiastka wolności i posiadania przestrzeni trudnej do ogarnięcia wzrokiem. Póki co mam tylko wizję, ale przy okazji sesji dla Pure Style Seeker przekonałem się, że moja wyobraźnia jest ograniczona, powiem nawet, że bardzo ograniczona…

Widok z tarasu w Loftach u Scheiblera jest zniewalający - wspaniała, przepiękna perspektywa miasta. Jeśli do tego dojdzie piękny zachód słońca… Trochę (dobra - baaardzo) to sztampowe, oklepane i słitaśne, ale robi wrażenie kolosalne. Takie właśnie warunki i otoczenie zafundowały mi dziewczyny z PSS przy okazji zdjęć do ich bloga.

Miało być letnio, ciepło, chilloutowo i słonecznie - i było. W zasadzie jedynym ograniczeniem był czas - złota godzina nigdy tyle nie trwa, mieliśmy na wszystko raptem trzydzieści minut, które minęły tak szybko, że niewiele z tego pamiętam. Całe szczęście są zdjęcia… 

Gruzja

Gruzja to bardzo specyficzna mieszanka. Można tam znaleźć trochę typowo azjatyckiego bałaganu, zobaczyć pozostałości po sowieckim człowieku, doświadczyć kaukaskiej buty, poczuć się jak w republice bananowej, przypomnieć sobie Polskę z roku 89 i zdziwić się nowoczesnością prosto z zachodniej Europy. Jest tam wszystko, proporcje zależą od tego gdzie się pojedzie i w którą stronę popatrzy. Jest tam jedyna w swoim rodzaju kuchnia o tysiącu dań i nieznanych, szczególnie w Polsce, smakach. Jest dobre wino i wspaniały zwyczaj biesiady. Pewnie jeszcze wiele rzeczy jest, ale i tak najważniejsi są w tym wszystkim Gruzini - otwarci, serdeczni, pełni empatii - po prostu dobrzy. Dla Polaków szczególnie.

Podczas obu wizyt w Gruzji samej Gruzji widziałem, zwłaszcza w porównaniu z wyjazdami zorganizowanymi, niewiele - zawsze była punktem wypadowym do bardziej odległych zakątków Kaukazu - Abchazji i Karabachu. Niemniej dzięki mojemu przewodnikowi i gospodarzowi - Kubie - nawet 'po drodze' udało się doświadczyć tak wielu wrażeń, że nie sposób o tym wspaniałym miejscu na Ziemi zapomnieć.

Dzikie i odcięte od świata doliny Swanetii (no, mnie się udało - dotarłem tam w całkiem cywilizowany sposób, samolotem) po kilku dniach sprawiają, że każdy upodabnia się do powolnych i bardzo spokojnych Swanów. Jedno czego się nie nabywa tak szybko, to dzikości w oczach;)

Rozległe i zielone doliny i wzgórza Kachetii miałem szczęście zobaczyć w maju - dokładnie wtedy, kiedy ich zieleń jest najbardziej soczysta. Podróżowanie przez te zupełnie puste tereny jest wspaniałą odtrutką dla ludzi zmęczonych wielkomiejskim gwarem, czyli dla większości współczesnych turystów - nie wyłączając z tego i mnie.

No i Tbilisi, które zawsze będę kojarzył z gościnnością hostelu Opera i długimi spacerami po plątaninie małych uliczek. Większość starej zabudowy miasta jest w fatalnym stanie, ale wcale nie robi to przygnębiającego wrażenia - przynajmniej na mnie. To zaniedbanie - widać, że wieloletnie - dodaje miejscom uroku starośći i pewnej tajemnicy, dzikości. Jest wiele miejsc, które są pięknie odrestaurowane i przygotowane na przyjęcie gości-turystów. Ja jednak ich nie lubię, pomimo tego, że potrafią przykuć wzrok i pięknie prezentować się na zdjęciach-pocztówkach.

Zdecydowanie wolę Tbilisi zapomniane, czasem opuszczone. Mam dziwne wrażenie, że znam je ze starych opisów Baku, Odessy i Lwowa jednocześnie. Drewniane wykusze pasują mi do każdego z tych miast (żadnego jeszcze nie widziałem, może dlatego…). Kiedy to piszę zastanawiam się właśnie kiedy znów tam pojadę spacerować starymi ulicami.

Indie po raz drugi

Drugi raz wybrałem się do Indii. W zasadzie trudno mówić o drugim razie w sytuacji, kiedy nie odwiedza się ponownie żadnego miejsca, nie spotyka tych samych ludzi. Niemniej geograficznie był to drugi raz.

Indie, z kim bym nie rozmawiał, kojarzą się z biedą, brudem, światem oderwanym od cywilizacji. Bardzo to przykre, bo przecież Indie to potęga atomowa, to kraj, który prowadzi własny program kosmiczny, ma niezwykłe osiągnięcia w wielu dziedzinach nauki. To kraj w którym kręci się więcej filmów niż w Hollywood, kraj największych na świecie linii kolejowych, miliona firm przynoszących milionowe zyski. Niestety nie widać tego kiedy wysiada się z samolotu. To trochę jak Łódź - miasto wielu wspaniałych uczelni i przemysłu nowych technologii, które wita slumsami niezależnie od dworca na który się przyjedzie.

Tym razem odwiedziłem południe Indii. Wylądowałem na Goa i od razu utwierdziłem się w przekonaniu, że ten drugi raz z pierwszym niewiele będzie miał wspólnego. Liczne w tym rejonie kościoły, krzyże i kapliczki bardziej kojarzą się z Portugalią czy Sri Lanką niż z Indiami. Monumentalne kościoły w Old Goa biją na głowę to, co można zobaczyć w Polsce - jakby nie patrzeć ojczyźnie (jednego póki co, ale zawsze…) Papieża.

Najmniejszy stan Indii to właściwie jedna długa plaża i wszystko to, co jest niezbędne by dobrze funkcjonowała. Trudno dziś znaleźć prawdziwie dzikie zakątki, w najgorszym razie trafi się na małą osadę rybacką, ale i przy niej będzie beach shack, czyli restauracja w chatce na palach oferująca wszystko co da się przygotować z owoców morza. Nieodzownym elementem jest muzyka grająca zawsze głośniej niż potrzeba. Nawet jeszcze głośniej. Dużo głośniej;) Są też zupełnie inne miejsca na Goa. Jest tam trawa strzyżona dwa razy w tygodniu i podlewana dwa razy dziennie oraz rachunki, których nie powstydziłyby się knajpy na Lazurowym Wybrzeżu. I najaważniejsze - jest wszystko po środku - trzeba tylko poszukać tego, na co ma się ochotę i budżet;)

Po Goa przyszedł czas na Keralę. Kerala znana jest z uroczych rozlewisk rozciągających się wzdłuż wybrzeża (Backwaters), w których woda słona miesza się ze słodką (nie do końca tak jest dzięki śluzom), przyroda buzuje, a ptactwo wodne występuje w ilościach niewyobrażalnych. Jest to też jedyny stan w Indiach, w którym nieprzerwanie (chyba ostatnio jednak coś się zmieniło) rządzą komuniści - przynajmniej z nazwy. Łatwo można się o tym przekonać, bo jak to prawdziwi komuniści, ustawili gdzie się dało czerwone gwiazdy i sztandary. Komunizm w najmniejszym nawet stopniu nie spowodował jednak, że jakiekolwiek atrakcje turystyczne stały się bardziej przyjazne ludziom pracy. Wręcz przeciwnie - Kochi było jednym z najbardziej łupiących turystyczną (o robotniczej nawet nie wspominając) kieszeń miejsc w Indiach. To jedno z takich miejsc jak Zakopane w Polsce - trzeba zobaczyć, ale trudno pokochać, bo wszystko co można zobaczyć jest przedstawieniem przygotowanym na sprzedaż. Jest historia, pamiątki po tych, co podbijali Indie, ale nie ma Indii. Szkoda czasu by pisać choćby jedno zdanie więcej. Za to dalsza podróż do Alappuzha'y i Kottayam była kwintesencją tego, co można zobaczyć na Backwaters.

Wąskie i często zarośnięte roślinnością kanały tną wiecznie zmienną siatką ogromne przestrzenie pól, na których rośnie głównie ryż, ale często także kukurydza. Pola są chyba wydzierane wodzie jak w Holandii, bo w zależności od mapy tereny te są oznaczone raz jako woda, raz jako ląd. Trudno się w tym połapać. Do wielu miejsc można dostać się tylko wodą. Wokół wody kręci się całe życie na Backwaters - o każdej porze dnia można spotkać przy brzegu ludzi (najczęściej kobiety). Najlepszym sposobem zwiedzania tego rejonu, zwłaszcza bardzo wąskich kanałów i odległych wsi, jest mała łódka wiosłowa. Jest cicha, nie budzi zainteresowania i pozwala na spojrzenie na świat z niesamowitej perspektywy - 10 cm nad lustrem spokojnej zazwyczaj wody. A jest co podziwiać, zwłaszcza jak ktoś ma zacięcie ornitologiczne.

Tamilnadu graniczy z Keralą i słowo graniczy ma tu bardzo dobre zastosowanie, ba, wymaga nawet silnego zaakcentowania. Była to jedyna granica między stanami w Indiach, którą widziałem. Prawdziwa granica z posterunkami i szlabanem. Ruch był w zasadzie nieograniczony, ale dawało się odczuć, że szlaban może w każdej chwili uniemożliwić przekroczenie granicy. Z rozmów wynikało, że Tamilowie mieli bardzo złą sławę. W moim przypadku było to już drugie (po Sri Lance) miejsce, gdzie usłyszałem takie opinie.

Głównym celem wizyty w Tamilnadu była świątynia w Madurai. Ogromna, kolorowa i pełna gwaru. Kiedyś jej kilkudziesięciometrowe wieże górowały nad miastem, dziś są zasłonięte hotelami, które prześcigają się w oferowaniu turystom możliwości podziwiania widoku na świątynię z restauracji na dachu. Jeden z najbliższych i mający dach dający chyba najlepszy widok (nawet bez restauracji, ale kogo to obchodzi…) jest bardzo obskurny, co wcale nie oznacza tani. Coś za coś;) Jedna noc, to dwie szanse na złotą godzinę - obie wykorzystane.

Każdy, kto po wizycie na Goa jest zniesmaczony i uważa, że jest to miejsce dla zblazowanych turystów, koniecznie powinien przejechać na przeciwległy kraniec subkontynentu i zobaczyć Puduchery. Zapewniam, że miłość do Goa powróci ze zdwojoną siłą. Puduchery to pozostałość francuskiej kolonii. Można tam więc znaleźć dobrą (jak na lokalne możliwości) kawę, bagietki i kafeterie. Jest dużo kolonialnej architektury i 'walizkowych' turystów, którzy windują ceny hoteli do poziomu Champs Eyseeyes. Tak, w hotelach, hotelikach i guesthousach mówi się po francusku, a policja chodzi w mundurach żywcem przeniesionych z Paryża - tylko kepi mają wściekle czerwone. Co ciekawe, ci 'walizkowi' co windują ceny, bardzo często są z niedalekiego Chennai, czyli wcale nie są to goście z Europy. Wieczorem kto żyw zdąża ku plaży, która przekształca się jedno wielkie targowe zbiegowisko. Pojawiają się mobilni sprzedawcy FMCG z naciskiem na Fast i Consumer.

Chennai to doskonałe miejsce by zrozumieć jak wielkie i potężne są Indie. To jedno z większych miast kraju - taka LeCourbusierowska maszyna służąca produkcji, a w niej miliony zgniecionych ludzi. Pierwszy raz widziałem tam ulice zakorkowane pieszymi, rowerami i rikszami; ulice płynące błotem i mazią powstałą ze wszystkiego co zgniło w rynsztokach; tysiące motocykli ściśnięte na dworcowym parkingu. Miasto gigant, miasto bez duszy.

Abchazja

Abchazja. Trudno napisać o tym kraju więcej i lepiej niż zrobił to Wojciech Górecki w swojej książce. W odróżnieniu od niego spędziłem tam tylko kilka krótkich dni, nie miałem też możliwości obserwowania następujących tam zmian. Zdjęcia pokazują migawkę zarejestrowaną podczas krótkiego pobytu.

Państwo-widmo uznawane (i to od niedawna) jedynie przez Rosję (to nie dziwi…), Białoruś, Wenezuelę, Kubę i kilka jeszcze podobnych państw, które nie cieszą się sympatią reszty świata. Mając pełen szacunek dla wolnościowych i narodowych dążeń nie sposób oprzeć się wrażeniu, że Abchazowie na pewnym etapie zatracili istotę celu swojej narodowo-wyzwoleńczej walki i zamiast dbać o rzeczywistą wolność swojego narodu dążyli jedynie do pogrążenia Gruzji. W rezultacie, choć mogli mieć bardzo daleko posuniętą autonomię w ramach Państwa Gruzińskiego mają dziś quazi państwo odcięte od świata. Bez waluty, domeny internetowej, międzynarodowego uznania. Ba, nawet mają kłopot z zachowaniem języka, gdyż rosyjski zaczyna totalnie dominować. Po wypędzeniu (a czasem też i wymordowaniu) Gruzinów, Megreli i Swanów Abchazja jest praktycznie wyludniona, a ogromne połacie kraju są niezamieszkałe.

Zniszczenia wojenne są nieuprzątnięte, a w wielu miejscach pola pozostają zaminowane. Opuszczone, spalone i zarośnięte wsie to powszechny widok w pasie pomiędzy granicą z Gruzją, a Oczamczyrą.

Morze, góry, platany, palmy, sosny (w tym endemiczna odmiana!), agawy, bambusy - wszystko w jednym miejscu. Trudno znaleźć na całym świecie miejsce, gdzie jest tak piękna przyroda i tak sprzyjający człowiekowi klimat. I właśnie takie rajskie miejsce jest zniszczone, opuszczone, zapomniane - spowite sowieckim bałaganem. Boli. Bardzo.