Shooting for fun in exchange for money. Never vice versa...

GUN FOR HIRE

Indie po raz drugi

Drugi raz wybrałem się do Indii. W zasadzie trudno mówić o drugim razie w sytuacji, kiedy nie odwiedza się ponownie żadnego miejsca, nie spotyka tych samych ludzi. Niemniej geograficznie był to drugi raz.

Indie, z kim bym nie rozmawiał, kojarzą się z biedą, brudem, światem oderwanym od cywilizacji. Bardzo to przykre, bo przecież Indie to potęga atomowa, to kraj, który prowadzi własny program kosmiczny, ma niezwykłe osiągnięcia w wielu dziedzinach nauki. To kraj w którym kręci się więcej filmów niż w Hollywood, kraj największych na świecie linii kolejowych, miliona firm przynoszących milionowe zyski. Niestety nie widać tego kiedy wysiada się z samolotu. To trochę jak Łódź - miasto wielu wspaniałych uczelni i przemysłu nowych technologii, które wita slumsami niezależnie od dworca na który się przyjedzie.

Tym razem odwiedziłem południe Indii. Wylądowałem na Goa i od razu utwierdziłem się w przekonaniu, że ten drugi raz z pierwszym niewiele będzie miał wspólnego. Liczne w tym rejonie kościoły, krzyże i kapliczki bardziej kojarzą się z Portugalią czy Sri Lanką niż z Indiami. Monumentalne kościoły w Old Goa biją na głowę to, co można zobaczyć w Polsce - jakby nie patrzeć ojczyźnie (jednego póki co, ale zawsze…) Papieża.

Najmniejszy stan Indii to właściwie jedna długa plaża i wszystko to, co jest niezbędne by dobrze funkcjonowała. Trudno dziś znaleźć prawdziwie dzikie zakątki, w najgorszym razie trafi się na małą osadę rybacką, ale i przy niej będzie beach shack, czyli restauracja w chatce na palach oferująca wszystko co da się przygotować z owoców morza. Nieodzownym elementem jest muzyka grająca zawsze głośniej niż potrzeba. Nawet jeszcze głośniej. Dużo głośniej;) Są też zupełnie inne miejsca na Goa. Jest tam trawa strzyżona dwa razy w tygodniu i podlewana dwa razy dziennie oraz rachunki, których nie powstydziłyby się knajpy na Lazurowym Wybrzeżu. I najaważniejsze - jest wszystko po środku - trzeba tylko poszukać tego, na co ma się ochotę i budżet;)

Po Goa przyszedł czas na Keralę. Kerala znana jest z uroczych rozlewisk rozciągających się wzdłuż wybrzeża (Backwaters), w których woda słona miesza się ze słodką (nie do końca tak jest dzięki śluzom), przyroda buzuje, a ptactwo wodne występuje w ilościach niewyobrażalnych. Jest to też jedyny stan w Indiach, w którym nieprzerwanie (chyba ostatnio jednak coś się zmieniło) rządzą komuniści - przynajmniej z nazwy. Łatwo można się o tym przekonać, bo jak to prawdziwi komuniści, ustawili gdzie się dało czerwone gwiazdy i sztandary. Komunizm w najmniejszym nawet stopniu nie spowodował jednak, że jakiekolwiek atrakcje turystyczne stały się bardziej przyjazne ludziom pracy. Wręcz przeciwnie - Kochi było jednym z najbardziej łupiących turystyczną (o robotniczej nawet nie wspominając) kieszeń miejsc w Indiach. To jedno z takich miejsc jak Zakopane w Polsce - trzeba zobaczyć, ale trudno pokochać, bo wszystko co można zobaczyć jest przedstawieniem przygotowanym na sprzedaż. Jest historia, pamiątki po tych, co podbijali Indie, ale nie ma Indii. Szkoda czasu by pisać choćby jedno zdanie więcej. Za to dalsza podróż do Alappuzha'y i Kottayam była kwintesencją tego, co można zobaczyć na Backwaters.

Wąskie i często zarośnięte roślinnością kanały tną wiecznie zmienną siatką ogromne przestrzenie pól, na których rośnie głównie ryż, ale często także kukurydza. Pola są chyba wydzierane wodzie jak w Holandii, bo w zależności od mapy tereny te są oznaczone raz jako woda, raz jako ląd. Trudno się w tym połapać. Do wielu miejsc można dostać się tylko wodą. Wokół wody kręci się całe życie na Backwaters - o każdej porze dnia można spotkać przy brzegu ludzi (najczęściej kobiety). Najlepszym sposobem zwiedzania tego rejonu, zwłaszcza bardzo wąskich kanałów i odległych wsi, jest mała łódka wiosłowa. Jest cicha, nie budzi zainteresowania i pozwala na spojrzenie na świat z niesamowitej perspektywy - 10 cm nad lustrem spokojnej zazwyczaj wody. A jest co podziwiać, zwłaszcza jak ktoś ma zacięcie ornitologiczne.

Tamilnadu graniczy z Keralą i słowo graniczy ma tu bardzo dobre zastosowanie, ba, wymaga nawet silnego zaakcentowania. Była to jedyna granica między stanami w Indiach, którą widziałem. Prawdziwa granica z posterunkami i szlabanem. Ruch był w zasadzie nieograniczony, ale dawało się odczuć, że szlaban może w każdej chwili uniemożliwić przekroczenie granicy. Z rozmów wynikało, że Tamilowie mieli bardzo złą sławę. W moim przypadku było to już drugie (po Sri Lance) miejsce, gdzie usłyszałem takie opinie.

Głównym celem wizyty w Tamilnadu była świątynia w Madurai. Ogromna, kolorowa i pełna gwaru. Kiedyś jej kilkudziesięciometrowe wieże górowały nad miastem, dziś są zasłonięte hotelami, które prześcigają się w oferowaniu turystom możliwości podziwiania widoku na świątynię z restauracji na dachu. Jeden z najbliższych i mający dach dający chyba najlepszy widok (nawet bez restauracji, ale kogo to obchodzi…) jest bardzo obskurny, co wcale nie oznacza tani. Coś za coś;) Jedna noc, to dwie szanse na złotą godzinę - obie wykorzystane.

Każdy, kto po wizycie na Goa jest zniesmaczony i uważa, że jest to miejsce dla zblazowanych turystów, koniecznie powinien przejechać na przeciwległy kraniec subkontynentu i zobaczyć Puduchery. Zapewniam, że miłość do Goa powróci ze zdwojoną siłą. Puduchery to pozostałość francuskiej kolonii. Można tam więc znaleźć dobrą (jak na lokalne możliwości) kawę, bagietki i kafeterie. Jest dużo kolonialnej architektury i 'walizkowych' turystów, którzy windują ceny hoteli do poziomu Champs Eyseeyes. Tak, w hotelach, hotelikach i guesthousach mówi się po francusku, a policja chodzi w mundurach żywcem przeniesionych z Paryża - tylko kepi mają wściekle czerwone. Co ciekawe, ci 'walizkowi' co windują ceny, bardzo często są z niedalekiego Chennai, czyli wcale nie są to goście z Europy. Wieczorem kto żyw zdąża ku plaży, która przekształca się jedno wielkie targowe zbiegowisko. Pojawiają się mobilni sprzedawcy FMCG z naciskiem na Fast i Consumer.

Chennai to doskonałe miejsce by zrozumieć jak wielkie i potężne są Indie. To jedno z większych miast kraju - taka LeCourbusierowska maszyna służąca produkcji, a w niej miliony zgniecionych ludzi. Pierwszy raz widziałem tam ulice zakorkowane pieszymi, rowerami i rikszami; ulice płynące błotem i mazią powstałą ze wszystkiego co zgniło w rynsztokach; tysiące motocykli ściśnięte na dworcowym parkingu. Miasto gigant, miasto bez duszy.