Shooting for fun in exchange for money. Never vice versa...

GUN FOR HIRE

Karabach

Karabach, a właściwie Górski Karabach. Państwo, którego oficjalnie nie ma, nie istnieje też na większości map. A jednak jest - byłem tam i wiem, że nie jest to ani Armenia (choć można płacić armeńską walutą i ludzie mówią po ormiańsku), ani tym bardziej Azerbejdżan (choć śladów tak islamu jak i kultury Persów jest tu bez liku). Karabach, to Karabach.

Siedząc wygodnie w Polsce trudno sobie wyobrazić jakie konsekwencje niesie za sobą takie międzynarodowe 'nieuznanie'. A są liczne. Nie można na przykład używać naszych telefonów komórkowych - nie uznajemy Karabachu jako państwa, nie ma więc podstaw, by podpisać umowę roamingową z lokalnym operatorem. Pewnie zresztą skutkowałoby to natychmiastowym zerwaniem umów z operatorami z Azerbejdżanu. Nie próbowałem, ale niechybnie nie da się wysłać do Karabachu listu ani paczki - z tych samych przyczyn co wyżej. Ale to tylko drobne problemy, które większości z nas snu z powiek nie spędzą. Zupełnie inaczej wygląda to w samym Karabachu. Nie ma tam oficjalnego przedstawicielstwa żadnej firmy, oficjalnego importu czegokolwiek, żaden współczesny produkt nie ma na tym terenie oficjalnego 'wsparcia'. Są kompletnie odcięci od świata. Jedyne źródło towarów to Armenia, która też nie uznaje Karabachu jako kraju, ale przy przekraczaniu granicy stempli wyjazdowych nie stawia - ba, nie ma nawet posterunku granicznego. Towary jadą więc na przeładowanych Kamazach przez góry - nie trzeba chyba wspominać ile to kosztuje… Karabach nie ma przemysłu, nie ma ropy, nie ma gazu nie ma nic, co może sprzedać innym. Wszystko, co można powiedzieć o tym kraju, to to, że jest pięknym kawałkiem Kaukazu. Góry, które w jednym miejscu koją wzrok zielonymi, łagodnymi stokami by za 20 kilometrów szarpać krajobraz ostrymi krawędziami skał. Góry, które zdają się tworzyć nieograniczoną, pofałdowaną przestrzeń, by 20 kilometrów dalej urwać się nagle na skraju niemożliwej do objęcia okiem pustynnej równiny.

Przepiękny kraj przepełniony śladami bogatej historii przeplatających się, czasem pokojowo, częściej nie, kultur, narodów i wyznań. Kraj zamieszkany w większości przez ludzi nieszczęśliwych, choć wspaniałych i dobrych. Każdy kogo tam spotkałem poza autentyczną otwartością i radością spotkania drugiego człowieka ukrywał ból. Ból ran odniesionych w niedawnej wojnie, ból utraty bliskich. Cierpienie wywołane wypędzeniem z ojczystej ziemi (wielu mieszkańców Karabachu, w tym także Gospodarz, który gościł mnie przez trzy dni pod swoim dachem, zostało wypędzonych z Azerbejdżanu), cierpienie związane z koniecznością mieszkania w cudzym domu. Domy w większości zamiaszkane są przez ludzi, którzy ich nie zbudowali i przypominają o tym inskrypcjami zapisanymi w farsi. Każdy spotkany człowiek potrafił opowiedzieć niejedną historię związaną z wojną. Mówili najczęśćiej niepytani, wyrzucali z siebie winy i wspomnienia. Atmosfera tymczasowości, zawieszenia i niepewności paraliżuje wszelkie działanie. Ludzie nie potrafią zaangażować się w dbanie o miejsce, nie chcą osiąść. Są cały czas przejazdem, na trochę, nie u siebie.