Shooting for fun in exchange for money. Never vice versa...

GUN FOR HIRE

Kubańska motoryzacja

Zanim jeszcze dotarłem na Kubę dużo słyszałem o cudach tamtejszej motoryzacji, a właściwie o licznych pozostałościach po cudach motoryzacji amerykańskiej, które tam można zobaczyć. Zdjęcia, relacje i opowieści sugerowały, że można tam natrafić na praktycznie wszystkie amerykańskie auta z lat 40-tych i 50-tych. Nic jednak nie zapowiadało tego, że na ulicach głównie będą poruszuszały się zabytki motoryzacji. Słowo 'zabytki', niestety, nie do końca jest uprawnione. Większość aut utrzymywana jest w ruchu dostępnymi na miejscu środkami, a te rzedko (czytaj: praktycznie nigdy) obejmują oryginalne części zamienne. Ba, po 89 roku kiedy de facto przestał istnieć ZSRR, który 'kupował' na pniu bardzo drogi kubański cukier 'sprzedając' w zamian bardzo tanią ropę, auta te zostały postawione na kołkach, a Kubańczycy wsiedli na chińskie rowery. Odkąd Wenezuela płaci tanią ropą za drogich Kubańskich lekarzy, z paliwem jest trochę lepiej, jednak nie na tyle, by zaspokoić potrtzeby 5-cio czy nawet 8-mio litrowych V8-mek. Dlatego praktycznie wszystkie zostały zastąpione japońskimi Dieslami z minivanów... Smród, klekot, czarny dym i niesmak - auta fajnie wychodzą tylko na zdjęciach. Jednak kiedy przejedzie jakiś niedobitek z V8 to... sami wiecie co - trzęsienie Ziemi!

Tak jak już wspominałem, większość aut jest w opłakanym stanie. Samochody są pozbawione większości elementów, które nie są bezwzględnie konieczne do utrzymania ich w ruchu. Brakuje tapicerki, nie działają zegary, klamki, szyby - jeśli są. O oryginalnym, czyli fabrycznym, lakierze nie ma co marzyć, większość samochodów pomalowana jest tym, co było pod ręką. A pod ręką czasem bywały farby olejne, a czasem lakiery metalik w dość ekstrawaganckich kolorach... Ale, w odróżnieniu od dużo młodszych konstrukcji z krajów RWPG, wciąż jeżdżą, są pakowne i łatwe w naprawie.

Lata powojenne, aż do 1970 roku, to złote ćwierćwiecze amerykańskiego przemysłu motoryzacyjnego. W tym czasie nastąpiła niesamowita ewolucja od konstrukcji pamiętających lata trzydzieste do wspaniałych muscle carów. By przyciągnąć klientów firmy wprowadzały bardzo daleko idące zmiany w stylistyce i wyposażeniu praktycznie każdego roku. Do tego każdy model auta dostępny był w wielu wersjach nadwoziowych, a - moje ukochane - auta bez dachu były czymś tak oczywistym jak dziś klimatyzacja. Dopiero kryzys lat siedemdziesiątych zatrzymał ten rozwój i wprowadził koszmarną modę na downsizing. Na Kubie - z racji tego, że w 1958 roku rewolucja przerwała kontakt wyspy ze światem i w dużym stopniu z rzeczywistością - niestety nie uświadczy się aut z lat sześdziesiątych. Ostatnie roczniki to auta na rok modelowy 1959, a więc ostatni kiedy królowały skrzydła. Długość największych aut z tamtego okresu przekraczała szęść metrów, a szerokość dwa. Ale to nie rozmiary robią wrażenie - dużo większą uwagę przykuwa bogata i różnorodna stylistyka. Chociażby owe skrzydła - elementy nikomu do niczego nie potrzebne, ale jakie piękne! Nawet duża wymienność elementów pomiędzy konstrukcjami tego samego koncernu nie zabijała indywidualnego i rozróżnialnego wzornictwa. Liczne marki, modele i warianty pozwalały się wyróżnić, odróżnić, podkreślić to, co przy wyborze auta było dla właściciela istotne. To jest dość trudne do wyobrażenia dziś, kiedy jedynym wyróżnikiem i elementem pozwalającym na segregację rynku jest cena - wszystkie auta zdają się byc tworzone dla 'uśrednionego statystycznie klienta'.

1959 Buick LeSabre 4 Door Hardtop

Pławiąc się w tym morzu pereł motoryzacji szukałem tych najbardziej szlachetnych - rzadkich egzemplarzy, aut utrzymanych w dobrej kondycji. Przez dwa tygodnie uczyłem się rozpoznawać marki, roczniki i modele - bez możliwości weryfikacji tego w internecie. Udało mi się zobaczyć i uchwycić wiele ciekawych aut, wszystkie starałem się fotografować w ruchu, czyli w naturalnym ich środowisku - w końcu koni też nie fotografuje się w stajni;)

Niebanalne auta, samochody, które robią wszystko, by się wyróżnić, cuda techniki, które wręcz krzyczą i proszą by na nie popatrzeć. Każdy egzemplarz inny, każdy z charakterem. A wszystko to w otoczeniu jednego z ostatnich bastionów komunizmu. W tle zniszczone i zapuszczone domy, mizeria dnia codziennego, sklepy, a właściwie magazyny, z dystrybuowanymi przez opiekuńcze państwo produktami - ryżem, cukrem i jajkami. Czy można chcieć większego kontrastu? Przez ponad pięćdziesiąt lat rewolucja nie potrafiła zastąpić tych gorzkich dowodów imperialistycznej dominacji na owoce trudu klasy robotniczej. Łady, Moskwicze i nasze maluchy jakoś się nie przyjęły - są, jeżdżą ale giną jakoś szybciej. Dziś rewolucja kubańska jest w takiej samej kondycji jak jej jedyni pozostali przy życiu ojcowie - bracia Castro. Żyją, ale chyba nikt na to nie zwraca już uwagi. Amerykańskie auta odżywają, coraz częściej dostają oryginalne części zamienne, pojawiają się egzemplarze w stanie wprost idealnym. Te pięćdziesiąt lat nie zabiło ich ducha. Podobnie odżywa na Kubie przedsiębiorczość - tej też nie udało się zabić.