Shooting for fun in exchange for money. Never vice versa...

GUN FOR HIRE

Hasta la victoria siempre!

Lecąc na Kubę z Europy najczęściej przelatuje się nad Bahamami. Błękitna woda, atole, plaże, rajskie widoki. Kiedy podchodzi się do lądowania w Hawanie krajobraz przypomina północny Wietnam - zielone co prawda, ale całkiem puste pola. Pierwsza myśl jaka kiełkuje w głowie, to 'czemu właściwie nie wylądowaliśmy czterdzieści minut wcześniej?'. Lotnisko jest na uboczu i ubogi, wiejski krajobraz może przerazić. Sam terminal nawet jeszcze bardziej - chyba, że ma się dobre azjatyckie przygotowanie. Tłok, ścisk, sowiecki (nie)porządek - człowiek powinien poczuć się mały w obliczu zwycięsko maszerującej już od półwiecza rewolucji. 'Wielki świat' (bardzo nierewolucyjny) zaczyna się w momencie poszukiwania transportu do centrum - jedyna opcja, to taksówka za 25$. Nieźle - można pomyśleć, że tej rewolucji wcale już nie ma, bo ceny jak w znienawidzonej Ameryce. Dalej jest jeszcze lepiej, bo do miasta jedzie się wielopasmową autostradą, jakiej w Polsce chyba jeszcze nie ma nigdzie. Wielopoziomowe skrzyżowania i rozjazdy przekraczają granice wyobraźni - to znaczy ciężko sobie wyobrazić dlaczego właśnie tak je zbudowano. Odnaleźć się na nich niełatwo, bo oznakowania najczęściej nie ma. Stan całej infrastruktury tragiczny, przypomina naszą, przez wiele lat jedyną, autostradę pod Wrocławiem w czasach przed remontem. I w zasadzie od tego momentu nie ma wątpliwości, że na Kubie rewolucja jest, a przynajmniej odbiła swoje piętno.

Sama Hawana robi dużo lepsze wrażenie niż droga z lotniska. Przede wszystkim od razu widać, że jest duża, rozległa i bardzo zróżnicowana. Do tego tętni życiem. Habana Vieha - stara Hawana - to tak naprawdę odpicowane za pieniądze UNESCO fasady kolonialnych budynków i tłumy turystów oraz wszelkiej maści naciągaczy. Jest słodko, ślicznie, można zrobić sporo fajnych zdjęć, wydać górę kuków (CUC) czyli peso wymienialnych i szybko należy przemieścić się do Centro Habana, czyli tam, gdzie toczy się życie prawdziwe. Gęsta sieć wąskich uliczek, domy o wiecznie otwartych drzwiach i oknach, sklepiki, targi, muzyka z każdej strony i zapach cygar dookoła. Oczywiście także śmieci, brud, bieda, odrapane ściany i niekoniecznie przyjazne spojrzenia, które każą pamiętać o tym, by zawsze się uśmiechać i liczyć na to, że będzie dobrze;) Ponadto można płacić peso nacional i poczuć prawdziwy smak Kuby. Choć co do smaku, to trzeba obiektywnie stwierdzić, że jest słabo. Już w czasie pierwszego spaceru przez nieturystyczne rejony uderza brak jakichkolwiek zapachów kuchennych. Smażona cebula, czosnek, chili, olej - to wszystko, co wypełnia zwykle takie ulice w innych rejonach świata, na Kubie jest zupełnie nieobecne. I niestety to nie jakaś doskonała wentylacja czy karaibska bryza - oni po prostu nie gotują, jak gotują, to nie przyprawiają, jak przyprawiają, to nieumiejętnie. Nie jest to miejsce na podróże kulinarne, niestety. Smak Kuby jest nijaki. Jedyna metoda, aby to zmienić, poczuć jednak jakąś odrobinę charakterystycznego, miejscowego smaczku związana jest mocno i nierozerwalnie z rumem. Mojito, Daiquiri czy choćby Cuba Libre są prawdziwymi smakami Kuby. Specyficzny charakter jedynej prawdziwie kubańskiej przyprawy sprawia, że na Kubie dużo łatwiej niż w każdym innym rejonie świata zorientować się, że się z przyprawianiem, smakowaniem i delektowaniem lokalnymi specjałami mocno przesadziło.

Najważniejsza arteria Hawany to Malecon - nadbrzeżna promenada oddzielająca miasto od morza. Wyznaczona przez nią granica jest bardzo płynna. W czasie sztormów fale z łatwością przekraczają falochrony zalewając samą aleję i niejednokrotnie podchodząc pod domy. Wieczorami zaś promenada jest zatłoczona spacerowiczami i wędkarzami tak, że trudno się zorientować, że dalej nie ma już miasta, a jest morze. Rano można na niej spotkać ludzi bardziej skoncentrowanych na zdrowiu niż na zabawie i rozrywce - biegaczy, chodziarzy i im podobnych. No i porannych wędkarzy. Wędkarze znikają chyba tylko w południe;) Od rana do nocy zaś można tam zobaczyć niezliczone ilości starych amerykańskich samochodów - te ładniejsze wożą turystów za peso convertible, a te brzydsze Kubańczyków płacących kilkadziesiąt razy niższe stawki w peso nacional. Jak zwykle ładniejszym w życiu lepiej, ech...

Zupełnie inaczej wygląda kubańska prowincja. Tam już nie ma walki odnowionego za pieniądze UNESCO ze starym pozostawionym samemu sobie, zderzenia pomników budownictwa socjalistycznego z pozostałościami imperializmu. Na prowincji jest głównie bieda i resztki tego, czego z pozostałości imperializmu rewolucja nie rozkradła i w pył i proch nie obróciła. O tym, że czasy Batisty minęły świadczą jedynie murale z nieśmiertelnym Che i jego 'Hasta la victoria siempre!' - życie ludzi jakby zatrzymało się w latach piędziesiątych. Są jeszcze państwowe sklepy z jajkami, ryżem i mąką - ich pewnie za Batisty też nie było. Nie było też pewnie pionierskich chust, w których dzieci biegają do szkoły - o jakości powszechnej, obowiązkowej i darmowej edukacji będzie dalej. Niezmieniona (po za Mural de la Prehistoria...) i przepiękna została przyroda - tętniąca zielenią, zapachami i dźwiękami. Wisie, miasteczka i małe miasta zachwycają pokazując swoje korzenie, bliższą lub dalszą historię.

Cienfuegos jest jakby żywcem przeniesione z Luizjany. Żeliwne kolumny, podcienia, tarasy, okiennice, błękity, kolonialna zabudowa, palmy, woda. Do tego układ ulic dobrze znany z Manhattanu. Z tą różnicą, że aleje biegną ze wschodu na zachód, a ulice z południa na północ;) Park centralny (oczywiście imienia Jose Martiego...) jest dość marny, to plac w zasadzie. Budynki wokół bardzo pretensjonalne. Ścisłe centrum robi wrażenie podobne do Habana Vieha - odpicowane... Wystarczy jednak przejść kilka przecznic w dowolnym kierunku, by to miasteczko ze snu i amerykańskiego (USA) południa zamieniło się w wieś, gdzie po ulicy prowadzane są świnie na sznurkach. Jeśli jednak nie pójdzie się w przypadkowym, a we właściwym kierunku - Maleconem (znów te promenady...) na południe, to trafi się do miasta bardzo innego. Pałace, luksusowe wille i wspaniałe postmodernistyczne domki. Trudno oderwać oko od pięknej i praktycznie zaginionej już stylistyki. Muzeum architektury od czasów kolonialnych aż po późne lata pięćdziesiąte, czyste formy znane z podręczników historii sztuki. Uczta dla oczu, wspaniałe odczucie przebywania w bardzo innym od codziennego świecie. Co ciekawe i charakterystyczne, ta część miasta jest równie, jeśli nie bardziej, piękna jak centrum, ale nie sprawia wrażenia naprędce odnowionej. Zwłaszcza mniejsze domki emanują ciepłem dobrej ręki gospodarza. Na samym południu miasta i jednocześnie na krańcu cypla stoi całkowicie irracjonalny pałac w stylu mauretańskim. Towarzyszy mu, niestety, arcybrzydki i prymitywny, za to bardzo duży i wysoki, wielogwiazdkowy hotel z hordami geriaturystów.

Całkowicie odmienny jest Trynidad. Nie, nie ten w Afryce - Trynidad, miasto na Kubie. Poza jedną czy dwoma ulicami, po których przetacza się ruch przyjezdny i tranzytowy, prawie całe miasto jest wybrukowane. Kamienne ulice z wyraźnie zaznaczonym rynsztokiem płynącym (czasem nawet bardzo wartko) środkiem. Kolorowe elewacje biednych domów, kute i żeliwne kraty, okiennice. Miasto ujmuje szczególnie o świcie, kiedy leniwie budzi się do życia, kiedy ulice jeszcze są praktycznie puste i nie ma ani jednego turysty. Kiedy nie ma na nich pozujących do zdjęć grajków i sklepikarzy, a otwierają swoje skromne stragany sprzedawcy warzyw i rzeźnicy. Rowerami, rikszami albo pieszo poruszają się roznosiciele chleba krzyczący 'el pan!'. Gospodarze i gospodynie, często ledwie co przyodziani, wychodzą im naprzeciw i kupują coś w kształcie dość nadętej bagietki. Chleb sprzedawany jest wprost z jutowych worków, kosztuje jakieś niewyobrażalne grosze. Kiedy słońce wznosi się dość szybko spada atrakcyjność miasta. Ulice zapełniają się turystami i dedykowanymi im usługami. Stragany z tandetą przesłaniają wszystko, a liczni naganiacze zachęcają do odwiedzenia knajp, skorzystania z konnych przejażdżek i wycieczek po okolicy. Dopiero kiedy słońce zalewa niebo bajecznie kolorowym zachodem, miasto zaczyna znów czarować swoją prawdziwą duszą. I czaruje do późnej nocy - całe centrum zamienia się w jeden wielki festiwal tańca i muzyki.

Takie miasta jak Cienfuegos, Trynidad czy Santa Clara - nie wspominając nawet o Havanie - żyją w dużej mierze z turystyki i miewają dwie odmienne twarze. Tę skrywaną wstydliwie, przeoraną bliznami rewolucji, a czasem jeszcze czasów Batisty i tę pracującą dopiero na swoje nowożytne blizny - wystawianą dumnie na pokaz, a właściwie na sprzedaż. Najczęściej hańbiącą sprzedaż - prostytucja, lewe interesy i czarny rynek drążą dzisiejszą Kubę z niespotykaną siłą. Alternatywna wobec oficjalnej gospodarka stoi nierządem, przemytem i przestępstwem. 55 lat po zwycięstwie rewolucji Kuba wróciła do tego samego punktu, w którym była w momencie jej wybuchu - ludzie na prowincji pracują ciężko za bezcen na plantacjach trzciny cukrowej, tytoniu i kawy a w miastach kobiety są sprzedawane przyjezdnym. Kto inny tylko czerpie z tego zyski - Batistę i gangstera Lanskiego zastąpił aparat partyjny i 'rewolucja'. Korzyści z tytoniu, kawy i cukru płyną do państwowej kasy bezpośrednio - państwo kontroluje cały eksport. Kontroluje też cały import - zakaz przywozu czegokolwiek, konieczność deklarowania każdej rzeczy przywożonej na Kubę służy tylko jednemu - ochronie interesów państwowych spółek importujących towary z zagranicy i dystrybuujących je w sieciach kubańskich odpowiedników naszych pewexów. W kraju, gdzie komitety obrony rewolucji, czyli zorganizowane grupy kontrolujące swoich członków, mają oficjalnie przyznawane rewiry także kontrola nad działalnością przestępczą musi być sterowana centralnie. Oczywiście zawsze można powiedzieć, że jednak jakieś plusy są - dystrybuowana w systemie kartkowym podstawowa żywność, tanie leki i bezpłatne szkolnictwo. Kuba szczyci się jednym z najniższych wskaźników analfabetyzmu. Wedle moich obserwacji prawdziwym problemem nie jest jednak czytanie, a liczenie - Kubańczycy jakoś dziwnie zawsze się mylili;) Jak już była pod ręką tabliczka mnożenia pokazująca wszystkie możliwe wielokrotności ceny biletu, to z wydaniem reszty był już problem;) Ot, taka lokalna specyfika.

Kubańczycy pewnie jeszcze tego nie wiedzą, ale są właśnie w bardzo ważnym momencie historii. Władza braci Castro nieubłaganie się kończy, a zmiany w kraju przebiegają bardzo szybko - wiadomości o stanie prawnym sprzed trzech miesięcy są najczęściej już nieaktualne. Gospodarka rynkowa bardzo szybko spycha oficjalną państwową dystrybucję dóbr na margines. Coraz mniejsze znaczenie ma władza i miejsce w jej strukturach, a coraz większe pieniądze i możliwość swobodnego ich zarabiania. Prawdopodobnie w ciągu najbliższych kilku lat Kuba stanie się wolnym krajem - pytanie jak zareagują na te zmiany Rosja i USA.

Czekając na rozstrzygnięcie można zobaczyć wszystkie zdjęcia z Kuby.