Shooting for fun in exchange for money. Never vice versa...

GUN FOR HIRE

Indie po raz trzeci

Ponoć albo się je kocha, albo się ich nienawidzi. Pojechałem tam właśnie trzeci raz, co może oznaczać, że jestem z tych, co się w nich na zabój zakochali. Może, ale nie musi - sam tego nie wiem, muszę pojechać przynajmniej jeszcze jeden raz, żeby się przekonać;)

Wyjazd miał być lekki, łatwy i przyjemny, co w przypadku wyjazdu do Indii wcale nie jest takie proste do zrobienia. Pomysł początkowo był zupełnie inny - chciałem po prostu pojechać gdzieś w ładne i ciepłe miejsce, gdzie mógłbym przez dwa, trzy tygodnie jeść pyszne jedzenie, pić dobre piwo, leżeć w ciepełku i namiętnie czytać książki. Miałem nawet plan, żeby aparatu ze sobą nie brać - żeby mnie nie kusił. No ale to był najsłabszy punkt tego programu i oczywiście odpadł jako pierwszy;) Po licznych rozmowach z przyszłymi - jak się okazało - towarzyszami wyjazdu pomysł szybko ewoluował w kierunku Indii dla początkujących. Jednak szkoda nam było czasu na leżenie na plaży, chcieliśmy przy okazji coś nowego zobaczyć. O tym, że wcale nie będzie tak lekko przekonałem się już na etapie wyrabiania wizy...

Rozbudowany (elektroniczny!) formularz wizowy wymaga podania wielu ważnych informacji o bliższej i dalszej rodzinie, zapewnienia o braku najmniejszych związków z Pakistanem (nawet do kilku pokoleń wstecz) i numeru poprzedniej wizy. Akurat nie miałem go pod ręką, to lekkomyślnie (albo - bezmyślnie) podałem numer wizy przedpoprzedniej. Oczywiście wydało się, zostałem posądzony o krętactwo i musiałem potem wyjaśnić to w konsulacie pokazując wszystkie wizy we wszystkich paszportach. I było to moje pierwsze spotkanie z Indiami po pewnej przerwie. Pojechałem tam wcześnie rano, żeby być zaraz po otwarciu. Mały sukces - byłem pierwszy w szybko rosnącej kolejce. Wytrwale pilnowałem pozycji bacząc na to, by nikt przede mnie się nie wepchnął - w Azji każdy czycha na chwilę nieuwagi wszystkich wokół. Jak już wspomniałem byłem w kolejce pierwszy, ale też jednyny bez jakiegokolwiek formularza. Wszystko co miałem, to stary i nieważny paszport z moimi poprzednimi wizami i nieważny dowód osobisty (bo mało kto patrzy na datę, więc go nie wymieniam póki nie stanie się to naprawdę konieczne - tam oczywiście sprawdzili jednak...). Jak nie ma formularza, to nie ma procedury. Jak nie ma procedury, to nikt nie wie co zrobić. Tak było też w moim przypadku. "It's a very difficult case mister, come after lunch or wait here". I cały misterny plan szybkiego załatwienia sprawy rozsypał się już po minucie rozmowy z urzędnikiem. W rezultacie musiałem odczekać aż pracownik konsulatu obsłuży całą kolejkę i wszystkie osoby, które doszły w międzyczasie.

Nasłuchałem się przedziwnych historii, z przerażeniem obserwowałem, że dla każdego przypadku przewidziana jest skomplikowana procedura i odpowiednio słona opłata. Chyba najbardziej komiczny przypadek, który mimo wszystko był znacznie lepiej opisany w procedurach niż mój, to sprawa mężczyzny, który występował o paszport dla swoich dzieci. Jego problem polegał na tym, że był rozwiedziony i w polu formularza przeznaczonym na informacje o matce dzieci, podał - chyba mimo wszystko zgodnie ze zdrowym rozsądkiem - dane swojej byłej żony i jednocześnie matki dzieci. Okazało się, że to błąd, bo powinien podać dane żony aktualnej, nie mającej z dziećmi zbyt wiele wspólnego. Trudno mi tu oddać co czułem, kiedy urzędnik tłumaczył, że oczywiście biologicznie matka jest cały czas matką, ale administracyjnie to już nie. Niesamowite było też to, że przychodzący do konsulatu obywatele Indii najczęściej pracowali w międzynarodowych korporacjach i w większości mówili pięknym angielskim i przyjmowali te wszystkie zawiłości ze stoickim spokojem. Jeszcze bardziej niesamowite było to, że urzędnik nas obsługujący posługiwał się dialektem powszechnie znanym jako Hinglish. Miałem nieodparte wrażenie, że praca w konsulacie była swego rodzaju synekurą, pewnie był członkiem dalekiej rodziny kogoś, kto mógł mu tę pracę załatwić.

Dopiero kiedy zostaliśmy sami urzędnik podjął prawdziwą próbę zrozumienia powodu mojej obecności. Kiedy nie patrzyły już żadne oczy i nie słuchały już żadne uszy, których właściciele mogliby zwątpić w kompetencje urzędnika ten zabrał mój paszport, zniknął na zapleczu i po pięciu minutach wrócił z uśmiechem na twarzy i komunikatem "Your visa will be ready tommorow". Nawet mnie uściskał, taki był dumny z tego, że samodzielnie i z sukcesem zmierzył się z problemem, na który nie było ani formularza, ani procedury. Przy okazji nie było też opłaty, na szczęście. Zuch. No ale zbierajmy się do Indii w końcu.

Podróż lotnicza - przez wielu tak demonizowana - była dla mnie gładka jak zawsze: obiad (wino przed, w trakcie i po), mocny sen, śniadanie i jesteśmy na miejscu. Mam to szczęście, że pomimo ciągłego przyrostu gabarytów wciąż pozostaję całkowicie kompatybilny z większością foteli lotniczych. Zwłaszcza po dobrym posiłku nic mi nie przeszkadza. Na lotnisku w Bombaju - nigdzie wcześniej tego nie widziałem - cała sala przylotów była wyłożona niekończącym się dywanem. I to by było na tyle, jeśli chodzi o wygody podróży. Dalej było już klasycznie - upchnięci jak sardynki w mikrotaksi dotarliśmy do śmierdzącej norki opłaconej z góry przez Internet. Bagaże przytroczone do dachu - o dziwo - też dotarły razem z nami całe i w komplecie. Można było zacząć podziwiać Bombaj. Tylko - co tam podziwiać? Miasto raczej nas przytłoczyło. Stolice biznesu słabo nadają się do zwiedzania... 

Oazą białych w Bombaju jest dzielnica Colaba. Jest to jednocześnie jedno z ładniejszych miejsc w mieście - architektura jest tam relatywnie uporządkowana i ładna. Ponieważ Bombaj jest stolicą biznesu, to ceny na Colabie nakręcają nie tylko rzesze zbyt bogatych turystów, ale także - jeśli nie przede wszystkim - tłumy nowobogackich mieszkańców miasta. W rezultacie ścisk jest tam niemiłosierny, ceny mocno wygórowane i klimat bardzo nielokalny. Niewątpliwą zaletą miejsca jest duża łatwość załatwiania wszelkich spraw, które normalnie wymagają wyciągania paszportów, rejestrowania się i wielkiej biurokracji. Wymiana waluty odbywa się prawie na ulicy, a kurs - przy odrobinie wytrwałości - da się ustalić na dużo lepszym poziomie niż w banku. Wszędzie jest wifi, wszystko da się załatwić 'na gębę'. Miło.

Bombaj ma też plażę. Chowpatty Beach jest wymieniana w każdym przewodniku po mieście jako ważna atrakcja, natomiast w każdym zestawieniu plaż na świecie jest w pierwszej dziesiątce tych najgorszych. I, jak to często bywa, wszyscy mają rację. Chowpatty to wąski na 30-60m i długi na 600 może 800 metrów pasek żółtego piasku. Rzeczywiście w zestawieniu z najpiękniejszymi plażami na świecie, nie ma najmniejszych szans. Jednak w Bombaju jest atrakcją, bo jest to jedyny ładny kawałek wybrzeża w okolicy. Jeśli weźmie się też pod uwagę, że 'obsługuje' prawie dwudziestomilionową metropoilę, to nagle okazuje się, że doskonale sobie z tym radzi. Trafiliśmy tam kilka razy, a raz wieczorem w drugi dzień święta Diwali. Było mnóstwo ludzi i jadłodajni, które serwowały proste, ale bardzo smaczne potrawy, które można było skonsumować siadając na dywanach. Bardzo popularne były też lody, ale niestety to rozrywka nie dla mnie - strach przed amebą powoduje, że nie pijam nieprzegotowanej wody, nie używam lodu etc.

Kiedy podróżuję w zasadzie nigdy nie rezerwuję noclegów i przejazdów z wyprzedzeniem. Poszukiwanie miejsca do spania, restauracji, sposobów na przemieszczenie się z miasta do miasta, zawsze jest dla mnie sposobem na lepsze poznanie odwiedzanych miejsc, wtopienie się w lokalny koloryt, kulturę. Nie bez znaczenia jest także to, że - oględnie mówiąc - zdjęcia w internecie pokazują rzeczywistość bardzo wirtualną i nie należy na ich podstawie podejmować decyzji. Jednak nie każdy lubi takie podejście, sam często bywam tak zmęczony, że zamiast wybierać właściwy nocleg ląduję w pierwszym odwiedzonym miejscu. Teraz miało być miło i przyjemnie, więc żeby oszczędzić sobie i reszcie towarzyszy mojej podróży kłopotów związanych z kupowaniem biletów kolejowych na miejscu, postanowiłem kupić je jeszcze z Polski online. Podobnie zarezerwowałem nasz pierwszy nocleg w Bombaju. Z pociągami częściowo się udało, procedura zakupu biletów kolejowych sama w sobie nadaje się na osobną opowieść, ale oczywiście efekt był taki, że i tak w dwóch przypadkach trzeba było pojawić się na dworcu przed wyjazdem i liczyć na miejsce w puli biletów, która otwiera się o 10.30 na dzień przed planowanym wyruszeniem przez pociąg w trasę (taryfa tatkal). Pociągi jeżdżą przez cały kraj i często wsiada się do takiego, co jedzie już dzień lub dwa, taryfa otwiera się przed ruszeniem w całą trasę, więc trzeba wiedzieć kiedy jaki bilet się kupuje. Bilety w tej taryfie są droższe o jakieś 20%, ale rozwiązanie jest dość skuteczne. W rezultacie wykorzystania obu sposobów rezerwacji udało nam się załapać na kilka niezapomnianych przejazdów kolejami. Największymi kolejami na świecie.

W porównaniu do lat poprzednich w kolejach zmieniło się głównie to, że dziś każdy ma smartfona. Niby nic, a jednak robi sporą różnicę. Smartfon w rękach podróżnego oznacza przede wszystkim głośne rozmowy, w drugiej kolejności głośne puszczanie muzyki, w trzeciej hałasowanie grami i filmami. Dla nas jednak największe znaczenie miało coś zupełnie innego - "one photo ok?". Białe zoo. Próbowałem na różne sposoby przekuć porażkę w sukces - "let's do it Indian way - how much you gonna pay?", ale raczej kiepsko mi to wychodziło. Z drugiej strony, w Polsce nikt nie chce ode mnie ani autografów, ani zdjęć - można przez moment pogwiazdorzyć przecież... Niezmienny na przestrzeni lat pozostał zaś smród z toalety, którego intensywność w bardzo niewielkim stopniu zależy od tego, czy siedzi się tuż obok źródła, czy na środku wagonu. Jest wszechobecny. Pomimo znanych z całego świata zakazów korzystania z toalety w czasie postoju, i tak najbardziej śmierdzi na dworcach. W tym roku pierwszy raz w życiu widziałem, że lokalesi zakrywali nosy. Nie pytajcie, co wtedy czułem, bo i tak tego nie będę potrafił opisać.

Lajtowe Indie w naszym przypadku oznaczały Bombaj, Hampi, Goa i rozlewiska Kerali z krótkim wypadem do Munnar. W zasadzie w żadnych z tych miejsc nie mieliśmy okazji trafić do czynnych i wypełnionych wiernymi świątyń, co według mnie spowodowało, że nie widzieliśmy, przynajmniej tym razem, prawdziwych Indii. Jedyna czynna świątynia w Hampi była prawie pozbawiona 'ducha', a w porównaniu z tą z Madurai zupełnie nieciekawa. No ale był świątynny słoń, a w zasadzie słonica. Taki świątynny słoń przez cały dzień stoi i błogosławi wiernych. Może nie tyle błogosławi, co kładzie trąbę na głowie tego, kto zapłacił. Płaci się za położenie trąby przekazując datki prosto do trąby, a słoń jednym, płynnym i zgrabnym ruchem trąby przekazuje banknot opiekunowi i w drodze powrotnej ostrożnie kładzie trąbę na głowie darczyńcy. Można też dać słonicy coś do jedzenia, wtedy można zobaczyć jak banan czy inny owoc znika w paszczy. Nie widziałem, by słoń się pomylił i zjadł banknot, a oddał owoc;)

Osobny rytuał, to codzienne, poranne mycie świątynnego słonia, który punktualnie o 8 każdego dnia schodzi z opiekunem nad rzekę. Najpierw przez chwilę pływa samodzielnie, a potem kładzie się na boku i pozwala szorować szczotką. Na koniec słoń znów błogosławi, tym razem polewając chętnych wodą, oczywiście prosto z trąby. Gdyby nie to, że u nas marnie ze słoniami, to postulowałbym przeniesienie tego elementu do naszego obrządku.

Ze świątyniami było krucho, za to przemysł turystyczny działał wszędzie prężnie. W Hampi na przykład zaradni rikszarze wymusili na władzach zakaz funkcjonowania wypożyczalni skuterów, co pozwoliło im na bezkarne żądanie za kurs stawek przekraczających wielokrotnie zwyczajowe 10 rupii za kilometr, czyli tyle, ile płaci się w Bombaju. I nawet nie chcieli słyszeć o włączeniu licznika. Samo Hampi i rozrzucone po okolicznych wzgórzach ruiny miasta i świątyń będę wspominał głównie jako ładne miejsce, piękne krajobrazy. W zasadzie świątyń i ruin mogłoby tam nie być i też byłoby ciekawie. Największe wrażenie zrobiła na mnie wyprawa na drugą stronę rzeki do umieszczonej na dość wysokiej górze świątyni Hanumanna. Wchodziliśmy w samo południe, więc wysiłek był spory, ale widoki z góry całkowicie go uzasadniały. Nieznośną osobliwością świątyń Hampi był zakaz robienia zdjęć ze statywu. Oczywiście nikt nie potrafił wytłumaczyć o co w nim chodzi, ale wszyscy rwali się, żeby go egzekwować. Statyw niczego nie niszczy, w świątyniach nie ma tłumów, które mogłyby się o niego potykać - nie rozumiem. Jeśli zaś autorom chodziło o to, żeby zdjęcia o zmierzchu nie były 'zbyt dobre', to mieli pecha - aparat można doskonale ustabilizować bez użycia statywu;) 

Goa spełniło pokładane oczekiwania - plaża, słońce, tanie piwo, przepyszna kuchnia i dobre książki. Choć wedle prognoz wyglądało, że będzie 'chłodno', czyli jakieś 26 stopni, było znacznie bardziej gorąco, co w połączeniu z bardzo wysoką wilgotnością potrafiło być nawet nieznośne, zwłaszcza nocą. Najbardziej jednak doskwierała nam głośna muzyka. Jak piszę 'głośna' mam na myśli hałas jak w dyskotece przez cały czas. I to z każdej restauracji inny, a restauracje stały ściana w ścianę. Kakofonia wprost nieznośna, prośby o przyciszenie muzyki skutkowały tylko tym, że zamiast hałasu z głośników 'własnych' słyszało się głównie hałas z głośników knajp obok. Szumu morza posłuchać raczej się nie dało. W całym rejonie dało się odczuć, że kiedyś było to miejsce odwiedzane przez hippisów. Bardzo popularne są ciężkie motocykle, wielu Goańczyków nosi się po europejsku, trafiają się dredy. No i prawie wszędzie są dealerzy oferujący każdy rodzaj narkotyków. Oferować, a mieć, to dwie różne sprawy. W większości przypadków wyglądało mi na to, że składane w bardzo otwartej formie propozycje były po prostu sposobem na rozpoczęcie rozmowy i nakłonienie do odwiedzenia sklepu z paciorkami. Perspektywa spędzenia reszty (prawdopodobnie w tym przypadku już dość krótkiego) życia w azjatyckim więzieniu skutecznie odstraszała mnie od aktywnego podejmowania tematu. 

W Old Goa - praktycznie jedynej lokalnej atrakcji - są największe (ponoć) kościoły w Azji. Dziwnie wyglądają stojące na środku niczego, wśród palm. Są kompletnie oderwane od otoczenia, zupełnie nie pasują do krajobrazu. Miasto dziś praktycznie nie istnieje, wokół pozostała tylko infrastruktura do obsługi turystów, a życie toczy się w pobliskim Panjim. Jedno z najważniejszych miast Indii, które w XVI w liczyło ponad 200.000 mieszkańców kilka epidemii malarii, cholery i dwieście lat później stopniało do półtora tysiąca i praktycznie przestało funkcjonować. Pozostały po nim jedyne murowane budynki, czyli kościoły.

W Kerali dla odmiany odpoczywaliśmy;) Kiedy byłem tam poprzednim razem przepłynąłem małym statkiem z Allapuzhy do Kollam, a oprócz tego cały dzień pływałem małą łódeczką. To było zdecydowanie dobre rozwiązanie, bo pozwalało poznać zarówno różnorodność całego szlaku pomiędzy tymi miastami - płynie się częściowo po wodach słodkich, a częściowo po słonych - a także z małej łódki podziwiać wąskie i niedostępne inaczej częściowo zarośnięte bujną roślinnością kanaliki. Tym razem jednak, głównie dzięki temu, że byliśmy w większej grupie, mogliśmy spróbować czegoś zupełnie innego. Allapuzha słynie w całych Indiach z możliwości pływania po kanałach wynajętymi houseboatami, czyli dużymi łodziami, które przypominają te tradycyje służące do przewozu ryżu, a w rzeczywistości są dość luksusowymi - jak na lokalne warunki - pływającymi hotelami. To bardzo popularna rozrywka, na wodzie spotykaliśmy całe wycieczki z innych rejonów Indii, a także młode pary spędzające na łódkach romantyczne chwile. No my raczej młodą parą nie byliśmy, więc dwa dni i dwie noce na łodzi miały być dla nas okazją do podziwiania krajobrazów, a nie siebie wzajemnie. Niestety houseboaty pływają bardzo wolno, a załogi robią wszystko, żeby za daleko nie popływały. Jak się okazało, cała przyjemność bardziej miała polegać na tym, że ma się zapewnione 3 posiłki dziennie i załogę kłaniającą się w pas.

W rezultacie najbardziej pozytywne wrażenie w czasie całego wyjazdu wywarło na nas Kochi. Specyficzna mieszanka kolonialnej, modernistycznej zabudowy, resztek starych fortyfikacji i klimatu portowego miasta przesądziły o tym, że Kochi zostało naszym numerem jeden. Może to dziwić o tyle, że na pierwszy rzut oka jest to bardzo skomercjalizowane i nastawione na obsługę ruchu turystycznego miejsce. W okolicach przeprawy promowej i chińskich sieci - jednej z głównych atrakcji - stoi mnóstwo straganów, półulicznych jadłodajni i kręci się ogromna liczba naciągaczy namawiających na spektakl teatru katakali. Ale wystarczy uciec z tego centrum (położonego całkiem niecentralnie) w wąskie fortowe uliczki, pojechać do starej dzielnicy żydowskiej, zwiedzić mieszczące się tam magazyny ziół, przypraw i hurtownie zboża, żeby zakochać się w Kochi. Naszym trofeum z tego miejsca jest ponad pół kilo wspaniale pachnącego pieprzu.

Miłość, jak to często w życiu bywa, okazała się mimo wszystko miłością tylko 'na jedną noc'. Po niecałych 24 godzinach uznaliśmy, że kolejnego dnia mamy ochotę na coś zupełnie innego i pojechaliśmy zobaczyć Munnar - zagłębie herbaciane. Oczywiście nie należy słowa 'zagłębie' traktować zbyt dosłownie, herbata bowiem najlepiej rośnie w terenie górzystym. Co ciekawe, ważna jest nie tylko wysokość bezwzględna i związany z nią charakterystyczny klimat, ale także to, by porośnięte herbatą stoki były odpowiednio nachylone.

Munnar krajobrazowo pobiło wszystko co widziałem do tej pory na Sri Lance i w okolicach Kumily. Zdecydowanie najpiękniejsze pola herbaciane, jakie miałem okazję zobaczyć. Naprawdę warto pojechać tam tylko dla tych widoków. Piszę to, bo podróż z Kochi trwa ponad 4 godziny w jedną stronę, a po drodze raczej nie ma nic ciekawego - wodospad, sztuczne jezioro z jarmarkiem to wszystko co można zobaczyć. Droga przez większość czasu wiedzie terenami górzystymi i dla ludzi nieprzyzwyczajonych do specyfiki ruchu drogowego w Azji może być wymagająca. Nasz kierowca rano jechał jak na pogrzebie - nie przekraczał 70 km/h, zakręty brał tak, jakby robił to pierwszy raz w życiu - hamował w środku, robił jakieś zygzaki jakby zakręt w połowie zaskakiwał go tym, że albo był ciaśniejszy, albo bardziej otwarty niż się wydawało na początku. W zestawieniu z minimalną prędkością robiło to komiczne wrażenie. Pomimo niewielkich prędkości nie czułem się bezpiecznie, bo najzwyczajniej w świecie miałem wrażenie, że facet nie ma kompletnie pojęcia o prowadzeniu samochodu. W drodze powrotnej było ciemno i kierowcę opętał demon. Ograniczenia prędkości nie istniały, szalał, wyprzedał, zakręty przestały być trudne. Nie mam pojęcia, czy spieszył się do domu, czy po prostu za dnia bał tego co widział obok drogi. Raczej nie mogę powiedzieć, by w drodze powrotnej zachowywał się bardziej rozsądnie lub sprawiał wrażenie osoby, która wie co robi, ale przynajmniej wszystko co robił, robił sprawnie.

Wracając na moment do herbaty, uprawy i zbioru. W Munnar nikt nie szczypie najmłodszych listków by robić białą herbatę, ba, nie próbują nawet wybierać trzech najmłodszych, z samego czubka. Te mocno pracochłonne techniki chyba pozostaną domeną Sri Lanki. W Munnar dominuje zbiór pół i całkowicie mechaniczny. Najprostszą formą są wielkie nożyce, których jedno ramię zakończone jest pojemnikiem na to, co zetną. Wersja hardcore to spalinowa kosa do żywopłotów. Raczej nie należy się spodziewać wykwintnych smaków, niestety. Podobnie marny poziom prezentuje przyfabryczne muzeum. Trudno się w nim dowiedzieć czegoś na temat uprawy herbaty i procesu jej przetwarzania. Można za to zobaczyć, jak wyglądały początki i ile pracy, odwagi i pieniędzy musiało kosztować przekształcenie niegdyś całkowicie dzikiego rejonu w jeden z najważniejszych ośrodków uprawy herbaty. Kolejny raz będąc w krajach, które były kolonizowane w dawnych czasach, próbuję sobie wyobrazić skalę osiąganych z tych kolonii zysków. Musiały być wprost gigantyczne, skoro opłacało się budować nowe miasta, linie kolejowe i przewozić przez morza całą masę maszyn i innych towarów.

O ile zaraz po przylocie do Indii mieszkaliśmy na opisywanej wcześniej Colabie, o tyle przy powrocie trafiliśmy zupełnie gdzie indziej. Na północ od monumentalnego i pięknego dworca kolejowego, który kiedyś nosił imię Królowej Victori, a dziś dzielnego bojownika Chhatrapati Shivaji rozciąga się zamieszkana przez muzułmanów dzielnica Dongri. Oczywiście to nie jedyny rejon Bombaju, gdzie można spotkać wyznawców Mahometa, są rozrzuceni praktycznie po całym mieście. Dongri jest jednak ciekawe choćby z tego powodu, że można tam spotkać pochodzących z terytorium Iranu szyitów, jest kilkadziesiąt piekarni oferujacych przepyszne 'perskie' pieczywo. Nie czas i nie miejsce by zagłębiać się w dzielące sunnitów i szyitów różnice, inna sprawa, że mimo wielu prób zrozumienia tematu zwyczajnie nie czuję się na siłach by to zrobić kompetentnie. Wspomnę tylko kilka rzeczy, które zwróciły moją uwagę.

Kiedy pierwszy raz gdzieś w Indiach usłyszałem adhan, czyli charakterystyczne, rozbrzmiewające z minaretów wezwanie Muezina na modlitwę, postanowiłem dowiedzieć się o co w tym śpiewie chodzi. Stąd wiem, że zawsze śpiewany jest w języku arabskim i, poza główną częścią, potrafi różnić się odrobinę. Różnice są między innymi między adhanem sunnickim i szyickim. W Dongri zaskoczyło mnie, że na koniec adhanu wyraźnie usłyszałem fragment śpiewany w Marathi - języku stanu Maharasztra. Kolejnym zaskoczeniem było zdjęcie Chomeiniego na jednym z meczetów. Tam też zobaczyłem obraz, jakiego zupełnie się nie spodziewałem zobaczyć w Indiach. W małym, otwartym na ulicę meczecie, przemawiał ubrany całkiem na czarno immam. Poczułem się jak Iranie i mam nadzieję, że będzie mi dane ten kraj odwiedzić.

Bardzo ciekawa była też informacja, jaką znalazłem na jednym z meczetów. Ostatnie akty terroru ze strony ISIS, które przetoczyły się przez Europę sprawiły, że dość powszechnie utożsamia się z nimi wszystkich muzułmanów. Jest to poniekąd uzasadnione tym, że muzułmańscy imigranci w Europie - z różnych względów - bardzo źle się asymilują i zamiast przesiąkać kulturą miejsca, do którego przybyli, próbują narzucać własne zwyczaje. W wielu przypadkach trudno nawet mówić o jakiejkolwiek próbie tolerancji. Paradoksalnie taka postawa jest bardzo na rękę właśnie ISIS, bo pogłębiając różnice i zwiększając stopień izolacji przybyszy wpychamy ich prosto w ręce tej organizacji. W tym kontekście bardzo zaintrygował mnie plakat, jaki zobaczyłem przy jednym z meczetów. Mówił wprost o tym, że ISIS ani nie jest częścią Islamu, ani go nie ma prawa reprezentować. Wzywał muzułmanów do występowania przeciw ISIS i pilnowania swoich imammów, by przypadkiem nie popierali tej organizacji.

Jeszcze o Dongri. No cóż, brudno tam było. Na początku jakoś nie rzuciło mi się to w oczy - tradycyjny i wspominany wcześniej syndrom przy poszukiwaniu noclegu prosto po przybyciu do nowego miejsca. Dopiero po zakwaterowaniu zorientowałem się, że może nie tyle sam pokój, co otoczenie hotelu było w fatalnym stanie. Na ulicy stały zaparkowane wszędzie motocykle, a pomiędzy nimi tłumy dzieciaków grały w przeróżne gry. Stragany z żywnością stały tuż obok rozkopanych ulic, czasem trudno było się zorientować, gdzie zaczyna i gdzie kończy się remont. Oczywiście wszystko tonęło w śmieciach. Jednak trzy tygodnie zaprawiły nas do tego stopnia, że bez mrugnięcia okiem zjedliśmy śniadanie w knajpie na rogu, w której warunki były doskonale zharmonizowane z otoczeniem. Ciekawe przeżycie, zwłaszcza, że tego dnia postanowiliśmy wybrać się na zwiedzanie slumsów. Określenie 'zwiedzanie slumsów' jest okropne i przyznam, że bardzo długo wahałem się, czy powinno się jechać w miejsce znane z tego, że ludzie żyją tam w skrajnej biedzie. Z drugiej strony słyszałem, że bieda biedą, ale slums to nie jakaś zbieranina ludzi odrzuconych przez społeczeństwo, a doskonale prosperująca dzielnica z własnymi szkołami, meczetami i zasadami. Przy pierwszym pobycie w Bombaju zrobiliśmy rekonesans obchodząc dużą część Dahravi dookoła, bez wchodzenia do środka. Za drugim razem daliśmy się namówić na wizytę z przewodnikiem, a to co mnie przekonało do pomysłu to fakt, że wizyta miała odbywać się na piechotę. Wcześniej dużo czytałem o wycieczkach obwożonych klimatyzowanym autem i zdecydowanie nie chciałem jechać na takie safari. Kilkugodzinny spacer po Dahravi mogę podsumować jednym zdaniem - "to gdzie są te slumsy?". Na miejscu okazało się, że ulice po których spacerowaliśmy były znacznie lepiej utrzymane niż ta, przy której mieszkaliśmy. Oczywiście były bardzo specyficzne miejsca, jak na przykład magazyn kozich skór. W temperaturze ponad 30 stopni nawet doskonale oczyszczona z tłuszczu i mięsa skóra musi roztaczać swoją woń, a tam nikt szczególnie do oczyszczania się nie przykładał. Dobrze, że trzy tygodnie i kilka podróży pociągiem nieco przytępiło nam nosy. Jak się okazało cała dzielnica ma prąd i wodę i to nie podkradane z sieci, a jak najbardziej legalne, z licznikami. Praktycznie nie ma byle jak skleconych bud jakie kojarzą się ze slumsem, powstaje za to coraz więcej wielopiętrowych budynków wielorodzinnych. Slums praktycznie nie jest już slumsem. I wcale z tego powodu nie jest mi przykro, wręcz przeciwnie.

Skoro zacząłem od biurokracji, to biurokracją zakończę. Będzie o kontroli na supernowoczesnym lotnisku. Supernowoczesne nie jest pisane złośliwie, ani z przekąsem. Lotnisko jest kosmiczne, kawał pięknej architektury. Jak to w Azji bywa, żeby wejść na teren terminala trzeba pokazać, że ma się ku temu powód. Mamy więc kontrolę numer 1, na wejściu - zwykłe sprawdzenie paszportu i rezerwacji. O dziwo, zadziałało potwierdzenie wyświetlone na ekranie telefonu. Potem mkirokontrola przy kierowaniu do check-inu. Ponieważ niczego nie trzeba było pokazywać, nie liczę jej. Check-in, to kontrola numer dwa. Co ważne, już w kolejce do 'okienka' bagaż podręczny został oznaczony przywieszką. Trzecia kontrola przed wejściem do kontroli bezpieczeństwa. Tu znów trzeba pokazać paszport i boarding. Nie wiem po co, ale kontrolujący podkreślał i zakreślał numer rejsu, godzinę otwarcia gate-u. Oznaczał, że sprawdził? Nie wiem. Kontrola bezpieczeństwa kończyła się pokazaniem paszportu, bordingu i przywieszki na bagażu podręcznym. Boarding i przywieszka zostały ostemplowane i okazało się, że było to ważne. Czwarta kontrola była przy wyjściu ze strefy security. Urzędnik sprawdzał, czy na boardingu i przywieszce były pieczątki. Kontrola numer pięć, to zwykłe okienko wizowe, w którym oprócz stempla w paszporcie dali stemple na boardingu. Dwa stemple, bo na dużej i małej części. Myślę, że nie będzie dużym zaskoczeniem, kiedy napiszę, że kontrola numer sześć była po strefie kontroli paszportowej i oczywiście sprawdzane były wszystkie stempelki. Bywalcy lotnisk, wiedzą, że to jeszcze nie koniec. W bramce oczywiście trzeba było pokazać paszport i kartę pokładową, sprawdzone były kolejny raz wszystkie stempelki, czyli można spokojnie uznać, że odbyła się kontrola siódma. Ciekawostką było to, że pracownik sprawdzający zgodność nazwisk, stempli i zakreśleń oddawał paszport, a kartę pokładową przekazywał następnemu, który porównawszy część dużą z częścią małą rozrywał ją na dwie części, oddając część małą. Wylot był o 2.30 nad ranem, więc niestety nie miałem szansy cieszyć się przeżywanymi chwilami w pełni - zmęczenie mocno przytępiło mi zmysły. Mimo wszystko, kiedy w rękawie prowadzącym do samolotu okazało się, że odbywa się - wyrywkowa co prawda, ale jednak - kontrola bezpieczeństwa z pełnym przeszukaniem i prześwietlaniem bagażu, oniemiałem. Na koniec trzeba powiedzieć, jaki był wynik tych ośmiu kontroli. Otóż na pokład razem znami weszła półtoralitrowa butelka wody, którą cały czas trzymaliśmy na wierzchu.

Zapraszam do obejrzenia wszystkich zdjęć z Indii z tego wyjazdu.